Po co mi ta dieta…

Mówią, że dieta-cud to seks i głód. Nie próbowałam, bo nie lubię chodzić głodna. Ogólnie zawsze uważałam, że dieta to zło i jak już trzeba na niej być, to najlepiej na pięciu, żeby nie umrzeć z niedożywienia.

Ale okoliczności, które się skumulowały, zmusiły mnie niejako do podjęcia działań. Bo po pierwsze ostatnio czułam się nie najlepiej, po drugie chciałam zrzucić nadwyżkę kilogramów i wrócić do starej wagi sprzed 5 lat, a po trzecie czułam potrzebę zmiany. Długo się zastanawiałam, co z tym fantem zrobić, bo przecież nie nadaję się w ogóle do spożywania trawy, lubię konkretne rzeczy, a do tego mam tak nieregularny tryb życia, że jedzenie o stałych porach jest jakąś abstrakcją. No i nie zamierzałam liczyć kalorii, bo człowiek głodny się częściej złości. A jak wiadomo, złość piękności szkodzi. W miarę regularny ruch i sport nie dawał żadnych rezultatów, poza tym, że bez zadyszki byłam w stanie wyjść na czwarte piętro. Tylko nie do końca o to mi chodziło. Jedzenie znacznie mniejszych ilości również nic nie dawało.

Trzeba więc było znaleźć taką dietę, którą przeżyję. Problem właściwie rozwiązał się sam. Od dawna wiem, że nie toleruję różnych produktów (nie że ich nie lubię, bo nic do nich nie mam, ale mój organizm zdecydował, że będzie z nimi toczył wojnę po każdorazowym zjedzeniu). Ale z tą wiedzą nic nie robiłam poza delikatnym ich ograniczeniem. Coraz częściej pojawiały się kolejne dolegliwości zdrowotne, wskazujące, że przyczyną może być nietolerancja pokarmowa.

W tym miejscu muszę wyjaśnić, że nietolerancja pokarmowa nie jest tym samym co alergia.

Nietolerancja pokarmowa to szczególny rodzaj nieprawidłowej reakcji organizmu na pokarm. Schorzenie bardzo często bywa mylone z alergią pokarmową lub chorobą trzewną (celiakia). Medycyna dzieli nietolerancję pokarmową na immunologiczną oraz nieimmunologiczną.
Źródło: http://infozdrowie24.pl

Zdziwilibyście się, jak bardzo objawy nietolerancji pokarmowej potrafią być niepozorne. Wiadomo, nie występują wszystkie naraz. Oto najczęściej spotykane:

– bóle głowy,
– nudności,
– zmęczenie,
– ból brzucha,
– wzdęcia,
– biegunka,
– zaparcia,
– wymioty,
– obrzęki,
– bóle stawów,
– przewlekły stan zapalny,
– nadwaga,
– problemy skórne, zmarszczki, przedwczesne starzenie się skóry,
– obrzęk tkanek, skórka pomarańczowa – cellulit,
– bóle zatok,
– cienie pod oczami,
– łzawienie,
– zaburzenia widzenia,
– dzwonienie i szum w uszach,
– zaburzenia słuchu,
– uczucie kołatania serca,
– zwolnienie pulsu,
– zbyt niskie lub zbyt wysokie ciśnienie,
– przyspieszenie tętna,
– leukocytopenia,
– niedokrwistość,
– hipoglikemia,
– hiperglikemia,
– wypadanie włosów,
– łuszczyca,
– niepokój,
– płaczliwość, i inne.
Źródło: https://www.zdrowyportal.org

Oczywiście te objawy nie oznaczają, że na pewno jest to nietolerancja pokarmowa. Można przecież jeszcze mieć raka – internet jest tu jak zawsze bezlitosny, gdy tylko rozpocznie się poszukiwanie przyczyn dla danych objawów i naprawdę może wywołać niepotrzebną panikę. Dlatego wszystko należy konsultować ze specjalistami.

.

Postanowiłam zrobić test na nietolerancję pokarmową. Czytałam w internecie dużo o Food Detective na 46 podstawowych produktów. Sam test kosztuje ok. 350-400 zł i jest dostępny w internecie. Obejrzałam na Youtube jakiegoś zabawnie nudnego pana, który mieszał milion odczynników i tak sobie pomyślałam, że spoko, dam radę. Ale co jeśli się pomylę i stracę te paręset złotych? Trzeba więc było znaleźć fachowca.

Udało mi się znaleźć dietetyka, który taki test wykona, a do tego dorzuci jedną pełną wizytę, wskazówki interpretacji testu w odniesieniu do moich wyników oraz jadłospis uwzględniający produkty, które mogę spożywać. No nie ukrywam, że trochę biłam się z myślami, bo za 500 zł to ja bym sobie nową tylną oponę kupiła do motocykla, ale zdrowie okazało się ważniejsze.

Martwiłam się tylko, żeby test nie wykazał nietolerancji na gluten i mięso. Bo – jak wiadomo – „bez glutenu to bez sensu” a bez mięsa jeszcze gorzej. Zasada jest taka, że produkty, które wyjdą w teście, trzeba odstawić na pewien czas. Jeśli nietolerancja na coś wyjdzie słabo, to na 3 miesiące. Jeśli średnio, to na pół roku. A jeśli bardzo, to różnie. Jest to tzw. dieta eliminacyjna. Już raz nieświadomie ją zastosowałam i na wiele miesięcy odstawiłam dwa produkty, na które reagowałam dość mocno w ciągu zaledwie kilku minut po zjedzeniu. Obecnie jem je bez żadnego problemu. Więc to chyba jednak ma sens.

No i przyszedł czas na wyniki testu. Brzmiały jak wyrok: mleko (tego się akurat spodziewałam), jajka (!), drożdże, kukurydza, migdały i skorupiaki. Co gorsze, mleko to nie tylko mleko. To również sery wszelkiego rodzaju, jogurty, śmietana (jest w zupach i sosach), a serwatka w proszku jest niemal wszędzie, nawet w chipsach paprykowych. Ale najgorzej: CZEKOLADA. Jak tu, cholera, żyć bez czekolady? Nic, tylko zakończyć swój marny bezczekoladowy żywot… Do tego doszły jajka, które wraz z mlekiem stworzyły porażkę roku – bo oto wszystkie makarony 12-jajeczne, ciasta wszelakie, serniczek od cioci, torty bezowe, panierki do kotletów, nie mówiąc już o niedzielnych jajecznicowych porankach, musiały odejść w zapomnienie. Drożdże… od teraz chleb na zakwasie, najlepiej żytni. Żadnych pachnących i chrupiących bułeczek z rana. Zero pizzy! Piwo piję tak rzadko, że nawet nie zauważyłam różnicy. Kukurydzę też można przetrwać, choć wiele produktów ma w sobie mąkę kukurydzianą. Popcorn jadam rzadko, więc nawet mnie to bardzo nie bolało. Migdały – trudno. Skorupiakami postanowiłam się jakoś bardzo nie przejmować, choć w zasadzie ich nie jem (czasem w sushi). Ale też nie sprawdzam każdej kupionej szynki (może zawierać takie rzeczy, że by się człowiek zdziwił, gdyby czytał skład – również skorupiaki). No i przyznam, że olewam komunikaty o „możliwej obecności” jakichś składników, bo bym nie mogła zjeść niczego kompletnie. W każdym niemal zakładzie produkcyjnym są jakieś jajka, mleko czy orzeszki, więc bez przesady.

Najtrudniej było zacząć, wiadomo.

Postanowiłam najpierw trochę popodróżować, bo na wakacjach ciężko zamówić coś bez jajek i mleka. Dopiero po powrocie z kolejnego wyjazdu wzięłam się za dietę. Pierwsza moja wizyta w markecie trwała godzinę, bo musiałam czytać skład wszystkiego i niestety większość produktów wracała na półkę. To było niezwykle irytujące, bo nie znoszę długich zakupów, a tu nagle okazuje się, że po godzinie koszyk jest niemal pusty. No i czułam się dziwnie czytając skład, bo prawie nigdy tego nie robiłam. Ale to później wchodzi w nawyk i naprawdę można wtedy świadomie wybierać co się je. Mnie ogólnie w tej całej diecie jakoś specjalnie nie chce się szukać nowych pomysłów na jedzenie, bo mam wrażenie, że mój mózg już więcej tych żywieniowych kombinacji nie zniesie, więc niezwykle doceniam, jeśli jakoś przy okazji ktoś ze znajomych podrzuci pomysł na coś, co mogę zjeść. Czy to przepis, czy link do gotowego produktu. Dzięki koleżance pierwszy raz w życiu upiekłam kokosanki! <3 Dopóki nie wyschły, były super. A potem, gdy zostało już tylko kilka i zapomniałam zamknąć pudełko na noc, to wiadomo – stały się tak twarde, że można by było nimi utłuc kota z balkonu obok (nic do kotów nie mam jakby coś).

.

Ale pora na efekty.

Przez pierwsze kilka dni organizm był zdezorientowany i to mocno. Nie dziwię mu się, bo ja też byłam. Życie bez czekolady nie jest fajne. Ale potrzeba matką wynalazków, więc zaczęłam znienawidzoną gorzką jeść z miodem. Potem wynalazłam miętową gorzką, z chrupkami czy z suszonymi malinami. Tu trzeba uważać, bo czasem nawet i ta gorzka czekolada zawiera mleko, a jeśli nie mleko, to mączkę kukurydzianą. Tego się bałam najbardziej, ale przeżyłam. I nawet nieźle się miewam :)

Jak już organizm mi się ogarnął, było coraz lepiej. Drugi tydzień pozwolił mi zrzucić dwa kilogramy, trzeci kolejne dwa, a potem waga zatrzymała się na następne trzy tygodnie. Następnie znów delikatnie zaczęła spadać. To znaczy, że faktycznie problemem była nietolerancja pokarmowa. Bo nadal jem dość dużo i bardzo nieregularnie. Gdybym trzymała się kalorii wyliczonych w jadłospisie dietetyka, to pewnie zanim bym się do tego przyzwyczaiła, to byłabym wycieńczona. A wykonując odpowiedzialną pracę nie mogę sobie na to pozwolić, żeby narażać się na możliwość popełnienia błędów z głupiego rozkojarzenia.

Jest jedna ważna rzecz, o której trzeba tu koniecznie wspomnieć. Warto (oczywiście po konsultacji), brać jakiś probiotyk, aby odbudować florę bakteryjną jelit. A do tego uzupełnić niedobory tego, co przez tą dietę nam może ubywać z organizmu. Może na przykład wapń i witamina D3. Trzeba mieć na uwadze konieczność wsparcia organizmu witaminami. Nie samym pomidorem żyje człowiek.

Znalazłam ostatnio bardzo wiele zamienników – produktów, które mają podobne właściwości co te wykluczone z diety. Co prawda, do „mleka” sojowego się nie przyzwyczaję, przez co kawy również nie piję (jedynie sporadycznie z kakaową wersją mleka sojowego). Ale chyba najgorzej w tym wszystkim, że jak pytam w restauracji, czy zupa jest zaprawiana śmietaną i czy gdzieś są jajka, to patrzą na mnie jakoś dziwnie. Jedna pani nawet usiłowała mi wmówić, że o ile nie ma w zupie jajek ani nabiału, to jest biała kiełbasa i czy ja na pewno to chcę (ale na pewno?). Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale trochę współczuję weganom, bo mają ciężkie życie na mieście. W jednej z restauracji kelner nie widział problemu w tym, że danie jest polane sosem czosnkowym na śmietanie – „to proszę nie jeść tego sosu”. Mimo że upewniałam się dwa razy czy rozumie co to znaczy, że w daniu ma nie być nabiału w ogóle, nie leżeć obok i nie dotykać. Ja wiem, że to brzmi jak czepianie się, ale odliczam dni do końca diety i nie chciałabym przez czyjąś głupotę zaczynać tego jeszcze raz.

Dlaczego nie zaufam żadnej innej diecie?

Bo nie wydaje mi się, żeby pozbawianie organizmu ważnych składników i przyjmowanie pokarmów w bardzo małej ilości miało sens. Może na przykład spożywanie koktajli owocowych i zagryzanie ich kalafiorem przez pierwsze dni oczyszcza organizm, ale nie odważyłabym się odstawić tylu innych istotnych rzeczy, bo już raz coś podobnego zrobiłam i nieźle mi to namieszało w zdrowiu. Pojawiły się alergie i problemy, których nigdy wcześniej nie było. Zbierałam się po tym parę ładnych miesięcy. Nie warto.

Dieta polegająca na wykluczeniu produktów, które nam szkodzą, wydaje się najbardziej rozważnym posunięciem. Po tych kilku miesiącach przerwy wdraża się produkty do jadłospisu stopniowo, obserwując reakcję organizmu. Jest możliwe, że dzięki takiej diecie pozbędziemy się nietolerancji raz na zawsze. Po jakimś czasie robi się ponownie test i widać na nim, czy odstawienie niektórych składników w czymś pomogło. To jeszcze przede mną, więc sama jestem ciekawa, czy ma to jakiś sens. Na pewno teraz czuję się lepiej, zrzuciłam parę kilogramów, mam zdecydowanie ładniejszą cerę i to już stanowi dużą zaletę. A ostatnio odebrane wyniki badań krwi pokazują, że najważniejsze rzeczy mam wzorcowo i równiutko w normie. Ale pewnie i tak umrę. Każdy kiedyś umiera :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.