Hrvatska przygoda (1) – początek

Długo broniłam się przed wyjazdem do miejsca, które kojarzyło mi się z ciągłym hałasem i rodzimym brakiem obycia… Do kraju, gdzie masowo zmierza typowa reprezentacja beneficjentów rządowego programu 500+, wraz z Brajankami i Dżesikami – pod warunkiem, że akurat nie lecą z promocji do Egiptu.

Do kraju, którym zachwycają się rzesze ludzi, bo może nigdy nic innego w życiu nie widzieli. Wreszcie – do kraju, w którym wielu szanownych rodaków daje upust swoim najgorszym turystycznym zwyczajom, leżąc na paskudnej kamienistej plaży i patrząc mętnym wzrokiem przez dno półlitrowej szklanej butelki.

Do Chorwacji.

Czyżby te wszystkie zdjęcia, które zobaczyłam i opowieści, jakich się nasłuchałam o wakacjach w tym kraju wprowadziły mnie w błąd? Mając w głowie od lat gromadzone wspomnienia zaobserwowanych żenujących zachowań „polaczków” na wakacjach w jakiejkolwiek części świata, poparte opowieściami znajomych przewodników, nie jest łatwo wyprzeć z pamięci ten niechlubny obrazek. Dlatego do tej pory wybierałam miejsca i hotele, w których mogłam kulturalnie i spokojnie wypoczywać. Teraz poszłam na żywioł…

Pojechałam tam, by spróbować zrozumieć ten ogólnopolski zachwyt. By zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałam. Trochę na przekór sobie. By przełamać kolejny schemat i przekonać się, jak bardzo mogłam się pomylić w swojej niezwykle surowej ocenie. Spodziewałam się, że nie wrócę pod tak wielkim wrażeniem Chorwacji, jak miało to miejsce w przypadku Cypru, Madery czy chociażby Macedonii. Ale zawsze warto przecież dać sobie szansę zachwycić się czymś nowym. A może akurat będzie to miłość od pierwszego wejrzenia? W sumie… czemu nie? Wszystko się może zdarzyć

Pierwszy raz zawsze najtrudniejszy, ale jak mi się spodoba, to wrócę tam z moją hondą.

Auto po przeglądzie, noclegi zamówione, piękna trasa czeka już opracowana od maja. Tylko grono chętnych nam się troszkę wykruszyło, ale tak czy inaczej na pewno będzie to niezła przygoda. No to ruszamy! :)

Kierując się na Ostrawę i Brno, docieramy wreszcie do Austrii. Jak Austria, to obowiązkowo droga przez Wiedeń. 14 lat temu zachwyciłam się tym miastem, ale od tamtej pory nie było mi dane tam przybyć. Wiedeń to dla mnie dość szczególny symbol. Zawsze marzyłam, żeby wysłuchać Koncertu Noworocznego Filharmoników Wiedeńskich na żywo. A o to niezwykle trudno, ponieważ ze względu na ogólnoświatowe zainteresowanie tym corocznym wydarzeniem, miejsca są przyznawane w drodze losowania (brałam udział raz, potem się zniechęciłam). Tysięcy ludzi nie odstrasza nawet cena, choć w Sylwestra jest nieco taniej (jeśli kogoś mimo wszystko interesuje obniżka z 4.600 zł na 3.400 zł).

Z wcześniej zaplanowanego zwiedzania Wiednia niestety, z wielkim żalem, musiałam zrezygnować. Liczę jednak, że będzie to dobra okazja, żeby kiedyś po prostu pewnego dnia powiedzieć sobie: „mam ochotę na spacer po Stadtparku… jutro.” I to zrealizować :)

.

Dalej ruszyliśmy przez Graz do miejscowości Mureck. Mała rundka po miasteczku o mało nie zakończyła się u blacharza, ale pan wyjeżdżający z posesji na szczęście w porę został obudzony klaksonem. Do tego mieliśmy niepowtarzalną okazję zwiedzić naprędce austriackie wsie, bo siedzący obok gps trochę się zagapił ;) ale fajnie czasem zobaczyć i taką stronę odwiedzanego kraju.

Szybki przelot bocznymi drogami przez Słowenię i wreszcie Chorwacja. Niestety przywitała nas ulewnym deszczem. Ale po kolejnych kilku godzinach drogi dotarliśmy do pierwszego noclegu w okolicy Jezior Plitwickich, do miejscowości Rakovica (namiary na miejscówkę podam na priv jak coś, bo warto). Ponad trzynaście godzin drogi, poprzedzone zaledwie dwiema godzinami snu. Powieki na zapałkach. Gdyby mnie ktoś zapytał, jak się nazywam, to miałabym problem z odpowiedzią. A tu pani nas wita rakiją i genialnym likierem. No grzech nie spróbować! Z nadzieją, że będę w stanie się jutro pozbierać, by ruszyć na oglądanie tego, co ma mnie zachwycić, wkrótce już przytulam się do podusi.

A rano… na pożegnanie jeszcze przy samochodzie od gospodarza mały słoiczek miodu. I kieliszek pysznego słodkiego likieru wiśniowego domowej roboty. No i oddałam kierownicę, co było robić.

Ładnie się zaczęło…

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.