Warszawa, ach Warszawa…

W sobotę nie pojawiła się nowa notka, ponieważ wybrałam się z Misiakiem na zwiedzanie Warszawy. Czego ciekawego tam doświadczyłam? Posłuchajcie…

Wyprawa rozpoczęła się tuż po 7 rano, kiedy to pociąg ruszył w kierunku Wawy. Na miejscu byliśmy jakoś przed 10.

Ostatni raz w Warszawie byłam w czasach licealnych – na Giełdzie Papierów Wartościowych i w Sejmie. Ale, jak to zawsze bywa na takich wycieczkach, nie miałam większej możliwości rozejrzeć się po mieście, nie musiałam też myśleć gdzie się teraz znajduję i jak wrócę, bo niemal wszędzie chodziliśmy całą grupą za przewodnikiem. Poza tym jakoś nie było zbyt ciepło i każdy się martwił, żeby jak najszybciej dotrzeć do kolejnego budynku, ew. autobusu.

Na dworcu Warszawa Centralna zaopatrzyliśmy się w plan miasta, następnie przeszliśmy do Złotych Tarasów na śniadanko. Chyba nie muszę wspominać, jak ciężko mnie było stamtąd wyciągnąć… Tyle sklepów, zapach świeżej kawy, ludzi też nie było wiele jeszcze wtedy (nie znoszę tłumów). Ale udało się – piękne słońce wołało do mnie „chodź, zobacz jaka wiosna!” Stolica wzywa.

Postanowiliśmy wszędzie chodzić na piechotę i na spokojnie wszystko zobaczyć, a to, czego nie zdążymy zwiedzić, będzie wspaniałym pretekstem do ponownych odwiedzin.

Tak więc pierwszy cel: Pałac Kultury i Nauki. Długo nie trzeba było szukać.Wystarczyło wyjść na zewnątrz i spojrzeć, co za budynek śmie zasłaniać moje słoneczko. Już sama rundka dookoła zabrała mnóstwo czasu.

Drugi cel: Pałac Prezydencki, Plac Zamkowy, Stare Miasto. Ruszyliśmy przez Park Saski, obok Grobu Nieznanego Żołnierza pod Pałac. Jakoś w telewizji to wszystko wydaje się większe. Na chodniku przed Pałacem, po drugiej stronie drogi stało sobie stoisko ludzi „jedynego słusznego poglądu”. Jedni rozdawali jakieś ulotki, inni zbierali podpisy za czymśtam, a cała reszta ciekawie się przyglądała z daleka. Ze stoiska krzyczały napisy o żądaniu dymisji kilku polityków, o kłamstwach i prawdzie. Zagraniczni turyści kiwali głowami z politowaniem, komentując angielską wersję plakatu. „We say NO to russian LIES!” – dwie panie anglojęzyczne przeczytały głośno napis na plakacie, przechodząc obok nas. Zaczęły się komentarze wśród turystów, padły słowa „Polish lies”. Z tego wszystkiego odniosłam wrażenie, że jako naród jesteśmy bardzo nieprzychylnie spostrzegani za sprawą owej grupki wszystkowiedzących krzykaczy.

Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego skargi na pseudo-obraźliwe wypowiedzi jednej strony politycznej są natychmiast kierowane do sądów, podczas gdy druga strona mówi co chce, obraża, krzyczy i nikt nie chce ukrócić takiego zachowania. Mimo, że jest sprzeczne z dobrymi obyczajami, kulturą, a  nawet często i prawem. Bo tu już nie chodzi o poglądy, jakie kto ma. Tylko o to, jak się traktuje przeciwników politycznych wybranych w ważnych wyborach demokratycznych – takich samych wyborach dla każdego polityka bez względu na partię. Mam wrażenie, że czeka nas najbardziej niekulturalna kampania wyborcza do tej pory. Oparta na krzykach i wyzwiskach, na ciągłych powrotach do przeszłości i żałobie, a nie merytorycznych dyskusjach. Osobiście mam już dość słuchania o tragedii Smoleńskiej, bo w tym chaosie nikt nie zwraca uwagi na małe, codzienne tragedie, jakie mają miejsce obok nas. Każdy z nas kogoś bliskiego stracił albo straci. Wielu nie potrafi się z tego podnieść a nie stać ich na psychologa. Ale o tym oczywiście nikt nie mówi, bo kogo to obchodzi. A tu wszczynając awanturę można i w telewizji się pojawić nawet…

Wracając do wycieczki – po spacerze nadszedł czas na cel trzeci: obiad. Moja twarz była cała spieczona od słońca (brr!). Ale potem jeszcze trzeba było zrobić sobie spacer pod Sejm, bo czasu trochę zostało. Resztkami sił dowlekliśmy się na Wiejską. W sumie nie było co oglądać i szybko złapaliśmy pociąg powrotny. Ledo żywi.

Jakie są moje wrażenia po wyprawie?

Bardzo mi się podoba Stare Miasto. Jest bardzo klimatyczne. Natomiast nie podobały mi się tłumy w każdym miejscu, ludzie popychający się wzajemnie podczas przechodzenia przez ulicę albo podczas wędrówki po chodniku i nie podobało mi się także traktowanie z góry przyjezdnych. Przypomina mi się skecz kabaretu Paranienormalni „Warszawianka jestem, 4 miechy w Warszawie!” Nie mogłabym tam chyba mieszkać, drażni mnie ten pośpiech, bo mnie w sumie nigdy nigdzie się nie spieszy ;)

Wyprawa w każdym razie udana, w przyszłości czekają Łazienki i Wilanów :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.