Rumunia – Deva i Timișoara (dzień 6)

Ten dzień nie był w ogóle zaplanowany. Jedynym naszym celem było dotarcie do Serbii na nocleg, a co po drodze, to już pełen spontan.

.
[Uwaga. Materiał jest chroniony prawem autorskim]

.

Dzień szósty – ostatni

.

Po tylu godzinach snu przyjemnie było poczuć, że jest się znów wśród w miarę żywych. Pensjonat położony był z daleka od jakichkolwiek atrakcji czy choćby sklepów, przy ruchliwej drodze, a mogłabym tam zostać cały tydzień. Wszyscy mówią po angielsku, jest bardzo miło, pokoje w bardzo ciekawym, ale nowoczesnym stylu, dobrze wyciszone, wszędzie czysto, pyszne śniadanie, duży parking. Idealnie. Ale trzeba jechać dalej.

Nie myśleliśmy o zwiedzaniu, nie mieliśmy jakiegoś szczególnego pomysłu na trasę. Duże tempo ostatnich dni i nasza totalna niedyspozycja po zatruciu mocno dały nam się we znaki. Nawigacja zaproponowała podróż w kierunku Timișoary i bardzo się przy tym upierała, więc OK, niech jej będzie – a o przystankach zdecydujemy na bieżąco.

.

Przed wjazdem do Sebeș, jeszcze w Lancrăm wypadliśmy na autostradę A1. Mieliśmy teraz 200 km do Timișoary w autostradowym krajobrazie, więc zaczęłam grzebać w internecie. Po kilkudziesięciu kilometrach drogi dojrzałam na mapie miejscowość Deva.

.

.

Kliknęłam w mapę Google i widzę zamek. No to zjedziemy rozprostować kości…

.

Deva

to niewielkie miasto w zachodniej Rumunii, w Transylwanii, gdzie możemy zobaczyć usytuowaną na wzgórzu twierdzę (Cetatea Devei) z jednymi z najlepszych umocnień w Rumunii.

Zatrzymujemy się w cieniu na placu przy parku miejskim (Park Cetate, Citadel Park), bo tak każe nawigacja, nie wiem czemu. Trochę nas tego dnia zdominowała, ale w sumie nie wyszło najgorzej. Jakieś 100 metrów od auta mamy wejście na szlak prowadzący na wzgórze zamkowe (Google pokazuje, że ścieżka na szczyt ma ok. kilometra długości). Szybki rzut okiem na opinie w internecie i… nie decydujemy się na pieszą wędrówkę. Wokół znajduje się rezerwat, w którym chroni się rzadki gatunek gada, żmiję rogatą. Podziękuję więc za takie rozrywki, idziemy szukać kolejki (Telecabina), która nas zawiezie na górę. A wcześniej zakładam pełne buty. Nie ważne, że kompletnie nie pasują mi do stroju. Bezpieczeństwo jest ważniejsze.

Niby tylko 400 metrów spaceru między domami, ale w upale odczuwa się to nieco inaczej. Będąc na trzecim skrzyżowaniu już widzimy ogromny nasłoneczniony plac pełniący rolę parkingu.

Uff! na jego drugim końcu znajduje się budynek kolejki. Nie chcąc tracić czasu, od razu kupujemy bilet za 20 lei/os. w obie strony:

i ustawiamy się wśród garstki turystów, oczekując na zjazd wagonika, czyli czegoś w rodzaju szklanej windy na torach. I to jest chyba w sumie największa atrakcja tego miejsca…

No nie powiem, przejażdżka nawet dość ekscytująca, a widoki całkiem fajne.

Obchodzimy zamek wokół, gdzieniegdzie wychylając się w poszukiwaniu ciekawego krajobrazu…

Cytadela powstała w XIII wieku, a rozbudowana została w XVII wieku.

Jest doskonałym miejscem obserwacyjnym.

Wychodzimy jeszcze wyżej w kierunku tarasu.

Za nami zostaje taki widok:

Po drodze jeszcze podglądam okolice przez różne dziury:

W 1849 r. w wyniku eksplozji zapasów amunicji cytadela wyleciała w powietrze. Po odbudowaniu wygląda już nawet całkiem przyzwoicie (jak na ruinę).

Podczas badań odkryto półkoliste schody datowane na XVIII wiek.

Schody te pełniły rolę skrótu do innych części zamku.

Idąc w stronę kolejki, która zwiezie nas ze wzgórza, spoglądamy jeszcze z góry na miasto. Gdybyśmy mieli trochę więcej czasu, moglibyśmy zerknąć jeszcze na dole w parę miejsc, poszukać czegoś ciekawego chociażby wokół parku, przy którym zostawiliśmy samochód.

Ale też wbrew pozorom upał przez te kilkadziesiąt minut mocno nas wymęczył, a droga do granicy rumuńsko-serbskiej (Moraviţa-Vatin) była jeszcze daleka. Do miejsca naszego noclegu w Serbii mieliśmy jeszcze ok. 300 kilometrów, dlatego od razu pojechaliśmy dalej.

Ja jak zawsze wypatruję czegoś, co jest nieco inne niż u nas. I trafiam na przykład na znak B-6 („zakaz wjazdu ciągników rolniczych”), który u nas przedstawia trochę nowszy model traktora niż ten:

Ale to przecież w niczym nie przeszkadza, znaki są zrozumiałe.

.

Gdybyśmy chcieli ponownie wybierać się w tamte strony, to raczej zamienilibyśmy zamek w Devie na położony zaledwie 20 kilometrów dalej gotycki zamek w Hunedoarze, zwany również Zamkiem Korwina (Castelul Corvinilor). Mówią, że jest najpiękniejszy w Rumunii. Sama budowla ma węgierskie korzenie i dość bogatą historię. Wstęp dla osoby dorosłej kosztuje na chwilę obecną (2020 r.) 31 lei, pozwolenie na fotografowanie 5 lei, a inne szczegóły można sprawdzić na przykład na stronie www.castelulcorvinilor.ro. Miejmy nadzieję, że będzie jeszcze okazja się tam pojawić, bo na zdjęciach faktycznie robi wrażenie.

.

W godzinach popołudniowych, motywowani pogłębiającą się pustką w żołądku, docieramy do miejscowości…

.

Timișoara

.

To jedno z największych miast w Rumunii. Pierwsze wzmianki o nim datowane są na 1212 rok. Było zniszczone przez Tatarów, a odbudowane z końcem XIII w. stało się następnie ważnym ośrodkiem gospodarczym. Od 1316 r. rezydował tam król węgierski, w XVI w. Timișoarę zajęli Turcy a od 1716 r. znalazła się pod panowaniem austriackim, następnie austro-węgierskim. Od 1920 roku jest w granicach Rumunii.

Natrafiliśmy niestety na godziny szczytu. Poniższe rondo szczególnie zapadło mi w pamięć nie tylko dlatego, że nawigacja lekko zwariowała i jeździliśmy po nim w kółko a przejeżdżaliśmy ze dwa albo trzy razy w obie strony, ale chyba bardziej z tego powodu, że było to jedno z miejsc typu „ok, wjeżdżam, YOLO”.

Wreszcie po kilku rundkach znaleźliśmy wolne miejsce do zaparkowania przy jakiejś bocznej uliczce niedaleko mostu Decebal. Niby chyba nie można było tam parkować, ale zdecydowanie nie potwierdzały tego stojące obok samochody, więc poszliśmy zwiedzać ;)

W 1869 r. wprowadzono w Timișoarze komunikację tramwajową, a w 1884 r. elektryczne oświetlenie ulic. Było to jedno z pierwszych miast na świecie z takimi udogodnieniami. My jednak nie skorzystaliśmy z możliwości przejażdżki i poszliśmy piechotą w kierunku Placu Wolności oraz zabytkowego centrum.

Na szybko zerknęłam jeszcze na dość ciekawe ułożenie ulic…

…pokręciliśmy się trochę po Placu Wolności…

...i deptakiem Alba Iulia z charakterystycznymi kolorowymi parasolkami…

…zawieszonymi nad głowami przechodniów…

przeszliśmy na Plac Zwycięstwa:

Wielu ludzi odpoczywało w restauracyjnych ogródkach

a dzieciaki bawiły się jedzeniem. Albo raczej pomagały szczurom latać. Brrr.

Przed nami, tuż za dywanem z kwiatów, znajdowała się fontanna rybna (Fântâna cu Pești, Fish Fountain) oraz rzeźba wilczycy kapitolińskiej, a dalej…

Sobór Trzech Świętych Hierarchów (Catedrala Mitropolitană Ortodoxă):

Ten prawosławny sobór katedralny był darem króla Michała, powstał w latach 1937-40. Ma 11 wież, z czego najwyższa ma 96 metrów wysokości. Bardzo ciekawe miejsce, z pewnością warte odwiedzenia.

Gdy udało nam się z powrotem przeprawić przez niezwykle ruchliwą ulicę (Bulwar Króla Ferdynanda I) na Piața Victoriei, zaczęliśmy szukać zdrowego jedzenia, bo przecież chwilę wcześniej walczyliśmy z dość konkretnym zatruciem pokarmowym.

A co można zamówić jak się człowiekowi bardzo spieszy? Oczywiście tradycyjny znany na całym świecie obiad: mięsko, ziemniaczki, naleśnik, sałatka, kompocik…

Powiem szczerze, że to był najgorszy fast-food jaki w życiu jadłam. Takich ilości majonezu, jakie znalazłam w tych twisterach, to nikt nawet na Wielkanoc nie kupuje. No pokarało nas, ale co tam. Frytki dały radę ;)

Wracając do samochodu postanowiliśmy trochę zmienić trasę spaceru i tak oto natrafiliśmy na Serbską Katedrę Prawosławną z połowy XVIII wieku:

Z drugiej strony świątyni rozciągał się Plac Unii (Piața Unirii), otoczony pięknymi kamienicami:

Żółta świątynia wyróżniająca się na placu to rzymskokatolicka barokowa katedra św. Jerzego:

A jeśli popatrzymy na Plac Unii stojąc tyłem do żółtej katedry, za fontanną i Pomnikiem Trójcy Świętej zobaczymy tę serbską katedrę, o której wspomniałam wyżej…

Tyle można by było jeszcze zobaczyć, odwiedzić parki czy tereny nad rzeką Begą, ale czas płynął nieubłaganie. To miasto zasługuje, by poświęcić mu dłuższą chwilę niż dwugodzinny spacer od zabytku do zabytku z przerwą na obiad. Ale co zrobić…

Wyjazd z zakorkowanego centrum Timișoary dla wielu z pewnością będzie koszmarem, bo tam każdy sobie jedzie jak chce, ale dzięki uprzejmości tamtejszych kierowców, bez większego problemu zmienialiśmy pasy ruchu, kierunki i ogólnie udało nam się to przetrwać. Aczkolwiek do dziś momentami nie dowierzam jak oglądam to co się działo na nagraniu z wideorejestratora ;)

Dalsza część podróży to już było wspominanie tych cudownych 6 dni, podczas których poznałam Rumunię jako miejsce, które nijak nie odpowiada krzywdzącym stereotypom. Które zaskakuje bardzo pozytywnie, do którego bardzo chciałabym wrócić. Sześć dni to nic, jeśli chce się poznać jakiś kraj. Ale to wystarczająco dużo, żeby się nim zafascynować. Postanowiłam wtedy, że następnym razem gdy wrócę, to już z podstawową znajomością języka rumuńskiego.

Do granicy z Serbią mieliśmy jakieś 60 km – niewiele ponad godzinę. Pomyślałam sobie, że luuuz, za 3 godziny spokojnie sobie dotrzemy na nocleg, będzie szansa odpocząć nad jeziorem…

.

O jakże ja się, kurde, myliłam.

.

.



.

Z wyprawą do Rumunii można się zapoznać klikając w poniższe linki:

(otwierają się w nowych zakładkach)

.

Rumunia samochodem – praktyczne wskazówki

Dzień 1 – podróż do Rumunii, monastyr Świętej Trójcy w Moișeni, Wesoły Cmentarz;

Dzień 2 – Przełęcz Prislop, malowane cerkwie Voroneț i Humor (zabytki z listy UNESCO), Cârlibaba;

Dzień 3 – Sinaia (+info nt. Wąwozu Bicaz i wulkanów błotnych);

Dzień 4 – Fogarasz, Trasa Transfogarska, tama na jez. Vidraru, zamek Poenari, Curtea de Argeș;

Dzień 5 – Transalpina, jez. Oașa;

Dzień 6 – Deva, Timișoara