Rumunia – słynna Transalpina (dzień 5)

Najwyżej położona droga w Rumunii – Transalpina, to kolejne miejsce, które warto zobaczyć odwiedzając ten kraj. Potrafi zaskoczyć, można spodziewać się po niej wielu atrakcji – czy zawsze pozytywnych?

.

O tym, że w Rumunii są dwie słynne trasy wysokogórskie (Transfogarska – DN 7C i Transalpina – DN 67C), pisałam już na początku poprzedniego wpisu, o tu: Rumunia – Trasa Transfogarska (dzień 4)” Dlatego szanując wasz czas, nie będę powielać tego czym się charakteryzują, co mają wspólnego, o czym warto pamiętać, jak zaplanować zwiedzanie i gdzie szukać informacji. Tam jest prawie wszystko :)

.
[Uwaga. Materiał jest chroniony prawem autorskim]

.

A zanim zaplanujecie ten punkt trasy, zapraszam na krótką i szybką wycieczkę…

.

Piąty dzień w Rumunii

.

Jak można się było spodziewać, noc okazała się dramatyczna. Pochorowaliśmy się totalnie, gorączka nas też wymęczyła. Nawet nie mieliśmy ochoty schodzić na śniadanie. Ale za ten majątek życia, który na nie wydaliśmy, to chociaż trzeba pooglądać tak zacny posiłek. A pani w recepcji pytała wieczorem 3 razy, czy na pewno chcemy od razu kupować śniadanie… no ale co może pójść nie tak?

Prawdę mówiąc, nie mogliśmy patrzeć na jedzenie, więc herbata i bułka z dżemem to było maksimum naszych możliwości. Ale na szczęście doba hotelowa kończyła się dopiero w samo południe, więc miałam ponad godzinę, żeby się jeszcze zdrzemnąć i w ten sposób zregenerować. Bo Transalpiny nie zamierzałam odpuścić – choćby nie wiem co, teraz moja kolej za kółkiem! Poza tym, mimo wszystko z naszej dwójki i tak byłam w nieco lepszym stanie ;)

Parę minut po 12 wycofywałam już auto z hotelowego parkingu. Blada jak Lenin w moskiewskim mauzoleum i prawie tak samo nieprzytomna. Teraz istotne już było jedynie to, żeby dojechać bezpiecznie do celu, którym był kolejny pensjonat, i położyć się spać. Tu właśnie dała o sobie znać największa wada planowania całego wyjazdu – nie mogliśmy sobie pozwolić na przesunięcia czasowe, bo moglibyśmy nie zdążyć do końca urlopu wrócić do domu…

Na drogę krajową numer 67C wjechaliśmy w miejscowości Novaci. Mijając motocyklistów, którzy robili sobie zdjęcia przy drogowskazie, udaliśmy się Transalpiną na północ. Naszym punktem docelowym były okolice miejscowości Sebeș.

Na trasie w wielu miejscach obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h. Czasem po prostu nie da się szybciej jechać, ale ogólnie jak jest to każdy wie. Przypomnę tylko, że Transalpina w odróżnieniu od Trasy Transfogarskiej biegnie przez górskie wioski. Dlatego też trzeba zwrócić szczególną uwagę na psy, krowy czy ludzi (którzy czasem za przykładem bydła chodzą w mało przemyślany sposób). A także na zaparkowane na poboczu pojazdy, które mogą nas znienacka zastać tuż za kolejnym zakrętem.

Fajnie by było również nie spaść w przepaść w trakcie podziwiania widoków. Chociaż barierki wyglądają tam na całkiem solidne.

Ooo… A tu na przykład dwie krowy sobie spacerowały przez drogę:

Ciekawy i niecodzienny widok. Taki folklor po prostu.

Tak poza tym, na Transalpinie pogoda potrafi zmieniać się nagle i diametralnie. Jechaliśmy w deszczu, w śniegu, w obłokach i w słońcu. A wszystko to w czasie jednej kilkugodzinnej podróży.

Tuż przed miejscowością Rânca zdecydowaliśmy się wyjść na chwilę z auta i rozprostować kości. Trzeba było korzystać z okazji, bo widoki były coraz bardziej zachwycające, a pogoda niestety coraz bardziej się psuła. Myślę, że was to wcale nie dziwi – nie od dziś wiadomo, że na moim urlopie zawsze pada :)

Transalpina od południa jest nieco bardziej stroma, co każdemu wielbicielowi motoryzacyjnych wyzwań na pewno zapewni fajną zabawę i mnóstwo radości. Niektóre zakręty są bardzo strome i ostre, pod dziwnym kątem, a droga w tych miejscach dość wąska. Mnie się udało na ten krótki czas niemal zapomnieć, że coś mi dolega. Poczułam, że żyję i uśmiech nie schodził mi z twarzy, choć nie dalej jak godzinę wstecz cieszyłam się tak skromnie i prywatnie w środku, że moje ubezpieczenie obejmuje transport zwłok własnych do kraju.

Gdy wjechaliśmy do miejscowości Rânca, niespodziewanie znaleźliśmy się w samym środku czegoś takiego:

W pewnym momencie kilka spłoszonych krów zaczęło biec wprost na nasze auto. Gdybym wtedy siedziała na motocyklu, to chyba bym go wzięła na plecy i zrobiła natychmiastowy odwrót. Ale samochód przeżył, my również.

Wśród skupisk położonych wysoko budynków, można było dostrzec wiele pensjonatów. Poniższe zdjęcie jest co prawda mało atrakcyjne, ale mniej więcej pokazuje, jak niektóre wzgórza są tam usiane domkami.

Info dla wielbicieli wędrówek górskich: w okolicach Transalpiny możemy zobaczyć wiele jezior polodowcowych, między innymi Jezioro Gâlcescu (3,2 ha powierzchni, max głębokość 10 m). Znajduje się ono na wysokości 1950 metrów i jest naturalnie zamieszkane przez ryby. Obszar wokół akwenu uznany został za rezerwat przyrody, a samo jezioro jest pomnikiem przyrody. Idzie się tam około pięć godzin z górskiego kurortu Rânca. Innym ciekawym widokiem jest podobno ten na wodospad Dracilor (mający 12 m i znajdujący się 10 minut spacerem od Obârşia Lotrului). A po godzinie wędrówki z Obârşia Lotrului można dotrzeć do jeziora Iezerul, położonego na wysokości 1900 m, w pobliżu źródeł Gilort. /źródło informacji: https://www.gds.ro/Local/2008-10-13/Transalpina-drumul-ce-leaga-Oltenia-de-Ardeal/

Jedziemy dalej. Nocleg z podobnym widokiem z pewnością wart jest rozważenia na przyszłość:

Wyjeżdżaliśmy coraz wyżej, w ciemne i gęste chmury…

Ciemno wszędzie, a my mkniemy przed siebie… korytarzem pomiędzy asfaltem a gęstą czarną substancją wiszącą tuż nad nami. Między niebem a ziemią. Ciekawe przeżycie.

Te czarne chmury na zdjęciach to nie jest Photoshop, tylko natura. W takich właśnie warunkach poruszaliśmy się do celu.

Gdy zaczęliśmy powoli zjeżdżać, coraz częściej uśmiechało się do nas słońce, tworząc jasne refleksy na żółtej górskiej roślinności.

Za nami nie jechały żadne samochody (zdecydowana większość kierowców wymijała nas jadąc z północy), więc mogliśmy się poruszać na tyle wolniej, aby nie przegapić na przykład takich widoków:

Niewiele robiliśmy przystanków. Raczej krótkie, bo mocno wiało. No i, co tu dużo mówić, to był jednak trochę niefortunny dzień na takie wycieczki.

Droga była naprawdę dobrej jakości aż do okolic Jeziora Oașa. Widać, że nawierzchnia jest w miarę nowa. Według wielu źródeł, w 2009 roku rozpoczęto modernizację drogi i układanie nowego asfaltu. Remont miał się zakończyć w 2012 r., ale ostatecznie nie udało się zmieścić w terminie.

Transalpina wznosi się na wysokość 2145 m n.p.m. (Przełęcz Urdele), przecinając pasmo Karpat Południowych. Na odcinku Obârşia Lotrului – Ranca śnieg zazwyczaj utrzymuje się od listopada aż do czerwca.

„Lokalna legenda głosi, że na przełomie XVIII i XIX wieku, każda rodzina mieszkająca w okolicy uczestniczyła w budowie poszczególnych odcinków drogi, w zależności od swoich możliwości fizycznych i finansowych. W tamtym czasie nosiła ona nazwę diabelska ścieżka i była wykorzystywana głównie przez pasterzy.” /Wikipedia/

Transalpinę nazwano szlakiem królewskim. Podobno wytyczyły go legiony rzymskie na przełomie I i II wieku n.e. Został rozbudowany i utwardzony przez Niemców w czasie I Wojny Światowej z powodów militarnych oraz utrzymywany przez nich podczas kolejnej wojny. Po rumuńskiej rewolucji z grudnia 1989 roku (obalono reżim komunistyczny Nicolae Ceaușescu przez zamach stanu), droga stopniowo popadała w ruinę, rozkradano jej poszczególne elementy. Podobno kamienie z murów oporowych wykorzystywano do budowy niektórych willi w miejscowości Rânca.

Co ciekawe, w przeciwieństwie do Trasy Transfogarskiej, tutaj nie brodzimy w śmieciach na każdym postoju. Jest czysto. Zapewne wynika to z faktu, że Transalpinę odwiedza znacznie mniej turystów, ale i ze sposobu zarządzania tym terenem.

Mając na względzie przejechaną poprzedniego dnia Transfogarską, moje ogólne wrażenie z przejazdu drogą DN67C jest takie, że pozwala ona w znacznie większym stopniu cieszyć się naturą, przyrodą. Tu się znacznie mniej dzieje. Fakt, obydwie drogi są całkiem różne. Dlatego warto zobaczyć i jedną, i drugą.

Im niżej (bardziej na północ), tym więcej było lasów i łagodniejsze zakręty. Niestety, również znacznie gorszy stan drogi. W pewnym momencie musiałam wręcz szukać kołami kawałka równego asfaltu. To całkiem popsuło komfort jazdy i przypomniało mi, dlaczego tak się spieszę do pensjonatu – zmęczenie było coraz bardziej odczuwalne, a monotonne widoki leśne usypiały sfatygowany fatalnym samopoczuciem refleks.

Ostatni spontaniczny przystanek to Jezioro Oaşa (Lacul Oaşa) utworzone w latach 80. XX wieku za pomocą 91-metrowej tamy na rzece Sebeș. Jest położone na wysokości 1255 m n.p.m. i ma powierzchnię 441 ha.

Mała dygresja. Przygotowując notki z wyjazdu, z ciekawości czytam wiele rumuńskich stron. Czasami przy słownictwie specjalistycznym bywa zabawnie… Bo jeżeli wrzucam w internetowy translator jakieś słowo, którego nie rozumiem i zamiast nazwy rodzaju skały (gnejs, łupek mikowy), otrzymuję w tłumaczeniu pojęcie „cygańska makrela”, to z jednej strony robi się zabawnie, a z drugiej trochę jakby niezręcznie i tak się zastanawiam: skąd tłumacze biorą takie wyrażenia?

.

Po krótkim spacerze brzegiem jeziora jedziemy już prosto do Sebeș, by parę kilometrów za nim zameldować się w pensjonacie. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to niemal pod każdym względem najlepszy pensjonat, w jakim przyszło nam nocować w Rumunii, wręcz idealny (choć poprzednie wcale nie były złe). Ale zamiast się nacieszyć tymi wnętrzami, bardzo szybko zasnęłam. Następnego dnia już będziemy się kierować do Serbii, więc siły się bardzo przydadzą. Oj, bardzo…

.


.

15 sekund. Mały przedsmak tego, co znajdzie się w filmie podsumowującym rumuńską wyprawę:

.

 

.

Ach, wiele bym dała, by się teraz znaleźć na miejscu tego człowieka… ;)

.



.

Z wyprawą do Rumunii można się zapoznać klikając w poniższe linki:

(otwierają się w nowych zakładkach)

.

Rumunia samochodem – praktyczne wskazówki

Dzień 1 – podróż do Rumunii, monastyr Świętej Trójcy w Moișeni, Wesoły Cmentarz;

Dzień 2 – Przełęcz Prislop, malowane cerkwie Voroneț i Humor (zabytki z listy UNESCO), Cârlibaba;

Dzień 3 – Sinaia (+info nt. Wąwozu Bicaz i wulkanów błotnych);

Dzień 4 – Fogarasz, Trasa Transfogarska, tama na jez. Vidraru, zamek Poenari, Curtea de Argeș;

Dzień 5 – Transalpina, jez. Oașa;

Dzień 6 – Deva, Timișoara