Rumunia – Trasa Transfogarska (dzień 4)

Jedna z najbardziej znanych tras górskich. Marzenie motocyklistów. Piękna, pokręcona, intrygująca. Obowiązkowy punkt na mapie rumuńskiej podróży…

[Uwaga. Materiał jest chroniony prawem autorskim]

Na początek małe wyjaśnienie – w Rumunii są dwie bardzo znane drogi położone wysoko w górach, które dostarczają niezapomnianych wrażeń:

1. TRASA TRANSFOGARSKA (DN 7C), o której opowiem poniżej; otwarta jest co do zasady od lipca do października; od strony północnej jest bardziej stroma i ma bardzo charakterystyczny układ, któremu warto przyjrzeć się z góry; to druga co do wysokości droga kołowa w Rumunii, zaczyna się w okolicach Pitesti i ciągnie się aż do Cârțișoary, ma ok. 151 km długości (odcinek stanowiący największą atrakcję turystyczną ma ok. 90 km).

2. TRANSALPINA (DN 67C), o niej przeczytacie w kolejnym wpisie; to najwyżej położona droga kołowa w Rumunii, otwarta zasadniczo od czerwca do października; wiedzie częściowo przez wsie, można na niej spotkać więcej miejscowych pojazdów, ale również i zwierzęta hodowlane; od strony południowej jest bardziej stroma, ciągnie się od Ciocadii do Sebeș i ma 148,2 km długości.

Położone są równolegle do siebie. Ciężko je porównywać, bo według mnie są całkiem różne. Można je przejechać z południa na północ i odwrotnie, a każdy z tych przejazdów da nam inne doświadczenia.

Co je łączy?

  • Na obu są mniej lub bardziej dzikie miejsca postojowe i tarasy widokowe (na Transfogarskiej jest to nieco lepiej zorganizowane).
  • Na każdą warto się wybrać w tygodniu, bo w weekendy bywa bardziej tłoczno.
  • Zarówno na Transfogarskiej, jak i na Transalpinie trzeba zachowywać szczególną ostrożność, bo np. za ostrym zakrętem częściowo na jezdni może być zaparkowany samochód, mogą się też kręcić ludzie albo zwierzęta. Raczej nikt nie rozwija tu większych prędkości, ale wszyscy są nastawieni na podziwianie widoków, więc miejsca te niejednokrotnie rządzą się swoimi prawami.
  • WAŻNE! należy pamiętać, że na każdej z tych tras możemy spotkać niedźwiedzia, a tego zdecydowanie należy unikać. I nie że zrobimy „selfie z misiem” albo że podzielimy się kromką, bo to nie są przyjazne zwierzęta!
  • WAŻNE! Na obie trasy lepiej wjeżdżać z pełnym bakiem, bo w samych górach nie ma żadnej stacji paliw (są tylko na początku i na końcu), a mamy do pokonania sporo kilometrów w momentami dość wymagających warunkach.
  • Jeśli planujemy urlop przed oficjalnym terminem otwarcia tychże tras, warto na bieżąco obserwować najnowsze doniesienia w tym temacie, bo może się okazać, że warunki będą na tyle dobre, że któraś z tych dróg będzie przejezdna wcześniej. Strony informacyjne, z których można skorzystać to http://www.transfagarasan.net, a dla Transalpiny: http://transalpina.biz (nie są to linki, trzeba je sobie wpisać ręcznie lub skopiować). Pod tym drugim adresem w zakładce „Program” znajdziemy fajną ciekawostkę – zestawienie terminów otwarcia i zamknięcia trasy od 2010 do 2019 roku (w lewej kolumnie: „data pierwszego przejazdu”, niżej „ograniczenia w ruchu” i na końcu „data ostatniego przejazdu”).

.

U wielu z was pojawi się zapewne już na samym początku planowania zasadnicze pytanie: czy da się „zrobić” obie trasy jednego dnia?

Da się. Tylko czy warto?

To byłaby niesamowita gonitwa od samego rana do późna. Myślę, że samo „zaliczenie” obydwu tras byle tylko je odhaczyć na liście to nie jest coś, o co chodzi w tej podróży. Ale jak ktoś lubi, to można i tak :)

.

Czwarty dzień w Rumunii

.

Schodzimy rano na posiłek bardziej z ciekawości niż z głodu – czym tym razem nas zaskoczy rumuńskie śniadanie? Po kwadransie oczekiwania, na stół przed moją nieprzytomną twarz wjeżdża sporej wielkości talerz z omletem i kilkoma dodatkami (pomidory, jakieś skwarki, biały ser, coś różowego – chcę wierzyć, że to wędlina). Tym razem niestety muszę się zadowolić samym wytworem jajecznym, który zagryzam pomidorami, bo reszta nie dla mnie. Ale omlet spokojnie wystarczył, żeby się najeść na pół dnia. Dosłownie.

Scenariusz znów ten sam – zbieramy graty, pakujemy samochód i w drogę.

Jako że gdy to piszę mamy styczeń i Google pokazuje (zgodnie z prawdą), że droga przez najwyższe partie gór jest okresowo zamknięta, pokażę wam całą tę naszą trasę w dwóch częściach. Oczywiście mogę zmienić w Google Maps datę wyjazdu na taką, kiedy droga będzie otwarta, ale wtedy nie zaznaczę wam przystanków po drodze.

1.

Plan jest taki: z Sinai kierujemy się na północ, by zobaczyć Fogarasz. Stamtąd do miejscowości Cârţa gdzie na rondzie w lewo wjeżdżamy na drogę krajową 7C, popularnie zwaną Transfogarską. Przemierzamy ją z północy na południe, bo tak nam polecano (następnym razem chciałabym pojechać odwrotnie, żeby zobaczyć różnicę).

Teraz, aby obejrzeć kontynuację trasy, musimy się przenieść na kolejną mapę, która omija zamknięty odcinek drogi 7C i prowadzi dalej na południe:

2.

Zatrzymujemy się nad pięknym Jeziorem Vidraru (Lacul Vidraru), robimy sobie spacer po tamie (Vidraru Dam) i jedziemy dalej, poszukując Zamku/Cytadeli Poenari (Cetatea Poenari). Na sam koniec wycieczki w Curtea de Argeș zwiedzamy bardzo ciekawy kompleks sakralny z przyjemnym parkiem i w końcu udajemy się na nocleg do Râmnicu Vâlcea. To tak w ogromnym skrócie.

No to jedziemy.

Około 52 km od znanego kurortu Sinaia (info w poprzednim wpisie) znajduje się Zamek Bran z XIV wieku – ważny punkt obronny. Aby do niego dojechać, w miejscowości Rașnov odbija się na Bran. My jednak zrezygnowaliśmy, bo tak nam się jakoś późno wyjechało – o 11 – a czekała na nas najważniejsza atrakcja: góry. Mimo że zamek w Branie uchodzi za siedzibę Draculi, Wład III Palownik (rum. Vlad Drăculea; władca Wołoszczyzny) nigdy tam nie mieszkał. Jego siedzibą był Zamek Poenari który planowaliśmy zwiedzić tego dnia, jako że jest położony przy Transfogarskiej.

Mijamy Braszów bokiem i jedziemy przez kolejne miasteczka. W jednym z nich (Ghimbav) zza osiedli domów wyłania się zdobiona na złoto świątynia. W Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień do takich widoków – wokół zwykłe, czasem szare budynki mieszkalne i pośród nich z daleka świecąca i ociekająca złotem budowla. Robi to wrażenie, nie powiem.

.

Niewiele ponad 100 km od Sinai znajduje się…

.

FOGARASZ (Făgăraș)

.

czyli miasto średniej wielkości, położone u podnóża Gór Fogaraskich, w okręgu Braszów, nad rzeką Alutą.

Wjeżdżając już widzimy z daleka charakterystyczny budynek…

To cerkiew, do której udamy się później. Najpierw kierujemy się na prawo, do zamku.

Udaje nam się znaleźć miejsce parkingowe tuż pod samymi murami twierdzy.

Forteca jest głównym zabytkiem miasta Fogarasz. Wybudowano ją w 1310 roku, a w XVII wieku przebudowano, nadając jej renesansowy charakter. Aż do XX wieku służyła jako budowla obronna i koszary. Jak podaje Wikipedia, po 17 września 1939 r. znajdowało się tam więzienie dla polskich żołnierzy internowanych w Rumunii.

Obecnie mieści się tu muzeum. Płacimy 15 lei od osoby za wstęp i wchodzimy na dziedziniec.

W środku możemy zobaczyć jak wyglądają historyczne rumuńskie stroje:

Albo jak urządzano wnętrza:

Część muzealną zwiedza się w zabawnych foliowych kapciach, które – co można było zaobserwować – dla wielu stanowią atrakcję samą w sobie ;)

Przechodząc z komnaty do komnaty, wyglądamy z balkonu na dziedziniec. Jak pokazuje tabliczka, nie jest to miejsce dla superbohaterów:

Ogólnie chodzi o to, żeby się nie wychylać, bo można wylądować tuż pod wejściem do WC, o tu:

Z dziedzińca idziemy w kierunku murów, chcemy obejść zamek dookoła. Zarówno tutaj, jak i w Devie, zamek ma jedne z najlepszych umocnień w Rumunii (do Devy również dotrzemy, ale w ostatnim dniu).

No i zawsze znajdzie się taki jeden, co zlekceważy zakaz wchodzenia na mury…

I to jeszcze na koniu.

Miejsce jest całkiem przyjemne, tym bardziej gdy nie ma ludzi. I pogoda nam się póki co dobrze trzyma, zobaczymy co będzie później. Ale czas ucieka, a chcemy zobaczyć jeszcze cerkiew. Pora więc przejść przez fosę do położonej nieopodal świątyni.

Z bliska robi jeszcze większe wrażenie. To prawosławna Katedra pw. św. Jana Chrzciciela (Catedrala Sfântul Ioan Botezătorul).

Wnętrze wygląda na surowe…

Ale mnogość i intensywność kolorów doskonale uzupełnia ten szary krajobraz.

Chciało by się jeszcze zahaczyć o jakąś kawiarnię i pokręcić się po mieście, ale priorytety… – jest po 13:00 a czeka na nas jedna z największych atrakcji Rumunii:

.

Transfăgărășan

.

czyli Trasa Transfogarska, nazywana też Drogą/Szosą Transfogaraską. Przebiega południkowo przez środkową część kraju. Podstawowe informacje na jej temat znajdziecie na wstępie dzisiejszego tekstu, czas na kolejne…

Za Cârţą droga 7C zaczyna się łagodnie i niepozornie. W oddali widać majestatyczne góry. Chmury też widać, ale nadal liczymy, że tym razem nie będzie deszczu.

Choć zawsze pada. Zawsze nam, kurde, pada na urlopie. Nawet w Afryce, gdzie deszczu nie widują.

Po 20 minutach trasa robi się coraz ciekawsza. Jedziemy od strony północnej – tej bardziej stromej i najbardziej efektownej.

Czeka nas 27 wiaduktów, 830 mostów i kilka tuneli. Niestety, im wyżej, tym więcej chmur na niebie i bardziej szaro.

Co pewien czas zatrzymujemy się na krótki postój przy drodze, żeby się rozejrzeć…

Wraz z każdym kolejnym kilometrem zmienia się krajobraz.

Przed nami już widać jak na dłoni, w jaki sposób wije się Transfogarska na tym wyjątkowym odcinku:

Co jakiś czas warto się zatrzymać, aby chłonąć dość ciekawą atmosferę tego miejsca. Za sobą zostawiamy coraz więcej serpentyn…

Transfogarska powstała w latach 1970-1974. Rumuński dyktator Nicolae Ceaușescu chciał w ten sposób zapewnić sobie szybką ucieczkę przez góry w razie sowieckiej inwazji.

Dokopałam się do rumuńskiego artykułu z 2008 roku o dwóch ostatnich żyjących wówczas robotnikach z wioski Arefu. Spróbuję wam go streścić, bo to dość ciekawy temat. W latach 60. do Transylwanii przybywali ludzie z całego kraju, zwabieni obietnicą wysokich zarobków – podobno za budowę tamy Vidraru i drogi przez Góry Fogarskie proponowano 6 tys. lei miesięcznie. Przyprowadzali również swoich znajomych. W czasie budowy, która trwała bez względu na porę roku, użyto 6520 ton dynamitu, a wiele osób pracujących przy tym projekcie straciło życie. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie – lawiny, wysadzanie skał albo chociażby zabezpieczanie skał przed osuwiskami za pomocą siatek i ścian („Byliśmy przywiązani ze szczytu góry sznurami. Robiliśmy dziury w skale i montowaliśmy sieci. Nie było dnia, żeby jakiś mężczyzna nie spadł”). Robotnicy udawali się na miejsce pracy piechotą, z torbą jedzenia. Latem zajmowało im to około godziny, zimą było znacznie trudniej – szli w błocie. Ostatnia zmiana, na którą docierali w ciemności bez latarki, rozpoczynała się o 23:00. Na tamie Vidraru, ukończonej w 1965 r. praca trwała na trzy zmiany po 8 godzin i tylko przy jej budowie zginęło ok. 400 osób. Jeden z bohaterów artykułu opuścił miejsce pracy wcześniej z powodu wypadku (stracił oko przy spawaniu) i renta inwalidzka, jaką otrzymywał (stan na 2008 rok) to było 200 lei (+dodatki, w sumie jakieś 550 lei – ale to nadal drastycznie mało). Po ukończeniu drogi, część robotników na stałe osiedliła się w okolicy, a część wyjechała do innej pracy. Wielu z nich nie pojawiło się więcej na Transfogarskiej, nawet jeśli zamieszkiwali w pobliżu. [Gdyby ktoś chciał poczytać o tym w oryginale po rumuńsku, podaję adres www do artykułu, będącego źródłem wielu z powyższych informacji; tekst „Ultimii santieristi de pe Transfagarasan” autorstwa Dana Gheorgha – https://romanialibera.ro/special/reportaje/ultimii-santieristi-de-pe-transfagarasan-131560]

Momentami przez chmury przedziera się słońce, co dodaje krajobrazowi szczególnego uroku…

Przez 8 miesięcy w roku (jesienią, zimą i wiosną) droga jest zamknięta na odcinku 27 kilometrów, ze względu na niebezpieczeństwo lawin, spadających kamieni, osuwisk itp.

A nad tym wijącym się asfaltem możemy zauważyć czerwone wagoniki kolejki linowej:

Można się nią udać z okolic wodospadu Bâlea do jeziora Bâlea, położonego na wysokości 2034 m n.p.m. Znajdują się tam schroniska, a zimą – tu ciekawostka – hotel lodowy.

.

.

Odcinek ten pokonany drogą ma ok. 12,5 km, a kolejka ma długość 3,7 km. Wycieczka wiszącym wagonikiem kosztuje [wg info ze strony https://muntii-fagaras.ro/en/cablecar] w jedną stronę 30 lei dla dorosłych. Za bagaż do 10 kg płaci się dodatkowo 5 lei, a za rower 30 lei (inne źródła podają 35 lei/os., a bagaż typu rower, walizka czy wózek 10 lei – nie sprawdziłam osobiście, więc trudno mi się wypowiedzieć które ceny są najbardziej aktualne – to też pewnie zależy od sezonu). Kolejka działa od 9-17 od poniedziałku do niedzieli, za wyjątkiem sytuacji, kiedy są złe warunki pogodowe.

Dolna stacja mieści się przy bardzo ostrym zakręcie, nie sposób jej przegapić. Samochody parkują głównie na dziko (jak w większości miejsc na trasie). Plus jest taki, że istnieje spora szansa, że od strony Cârțișoary dotrzemy tam nawet zimą – zamykany odcinek trasy jest bowiem nieco wyżej.

I mamy wreszcie przed sobą zapewne najpiękniejszy widok Transfogarskiej:

Szkoda, że jest tak strasznie szaro i ani jeden promień słońca nie przenika gęsto ułożonych na niebie chmur. Ale miejsce to na żywo w każdych warunkach robi ogromne wrażenie.

Docieramy na górę do dość dużego parkingu, gdzie jedni będą zachwyceni ilością straganów a inni wybiorą spacer nad jezioro. Dalej już czeka na nas 884-metrowy tunel (najdłuższy w Rumunii), położony na najwyższym odcinku Transfogarskiej, czyli na 2042 metrach n.p.m. Poniższe screeny z kamerki, choć miernej jakości, doskonale oddają warunki panujące w jego wnętrzu…

Nie ma pasów, nie ma świateł, jest jak w… (no wiecie gdzie). Może jakiś w tym jego urok?

Ale po opuszczeniu tunelu znów jest pięknie.

Jedziemy łagodnie w dół aż do jeziora Vidraru. Zza drzew wyłania się bajkowy widok, żal nie przystanąć na chwilę.

Kawałek dalej już widzimy tamę…

Zapora na rzece Ardżesz (Argeș) ma 160 metrów wysokości…

…i tworzy piękne jezioro Vidraru, po którym organizowane są rejsy. Akwen ma niecałe 9 km2, a jego największa głębokość to 155 metrów.

A tutaj odnoga tamy, prowadząca wzdłuż linii brzegowej jeziora. Przy wjeździe do tunelu chętnie gromadzą się motocykliści. W środku jest ciemno i brzydko, ale gdy wyjdziemy (bo jednak chyba lepiej na piechotę) z drugiej strony, już znów jest pięknie. Można tamtędy dojść np. do wodospadu (Cascada Călugărița).

Dalej jedziemy jednak innym tunelem – tym dużym po lewej stronie. Chcemy znaleźć coś do jedzenia i Zamek Poenari. W pewnym momencie Google nam pokazuje, że go minęliśmy, ale żołądek sparaliżował mózg i poszukiwanie jedzenia okazało się teraz najważniejsze. Zamkiem będziemy się przejmować później (albo i nie). Na szczęście (chociaż to się dopiero okaże) za zakrętem pojawiła się Cabana La Cetate:

Wokół oczywiście biegały psy, a jeden cwaniak nawet coś zwinął, więc stwierdziliśmy, że może nie najgorzej w tej knajpie gotują…

Zamawiamy oboje wyjątkowo to samo. Grillowaną rybę i orzeźwiającą lemoniadę. Oczekując na danie, robię fotki wielkiego kufla lemoniady na instagramowe stories i nagle odkrywam, że na wzgórzu stoi… No właśnie.

Zza stolika mieliśmy świetny widok na Zamek Poenari (Cetatea Poenari), gdzie w XV rezydował wspomniany wcześniej okrutny Wład Palownik, będący pierwowzorem literackiego Drakuli. Obecnie z budowli zostały już tylko ruiny – jest to częściowo wynik zaniedbania w XVII wieku, a częściowo osunięcia się ziemi w XIX wieku.

Do twierdzy prowadzi 1480 betonowych schodów, a z góry podobno są piękne widoki na jezioro Vidraru. Niestety nie było nam dane tego doświadczyć, bo obszar został zamknięty ze względu na niedźwiedzie, o czym informowało milion kartek w różnych językach:

Ale camping przy samym wejściu na zamek okazał się czynny… Ludzie to jednak lubią adrenalinę ;)

I co tu dużo mówić… „nasi” oczywiście też tu byli ;) co widać po wielu naklejkach.

Może ktoś z was znajdzie swoją?

.

Posileni zmierzamy dalej, aby jeszcze przed zmrokiem obejrzeć co ma do zaoferowania miejscowość o wdzięcznej nazwie:

.

Curtea de Argeș

.

czyt. Kurtja de Ardżesz

Przy znajduje się kilka zabytków, które podobno warto odwiedzić, gdy się ma trochę więcej czasu. My jednak jedziemy prosto na znajduje się monastyr o tej samej nazwie co miejscowość. Parkujemy przy drodze i idziemy oglądać ostatnie tego dnia zabytki, cudownie oświetlone ciepłymi promieniami zachodzącego słońca.

Tuż przy drodze znajduje się pierwszy budynek – Katedra pełniąca rolę mauzoleum królewskiego (Catedrala Arhiepiscopală Regală). Została konsekrowana niedawno, bo w grudniu 2018 r.

Idziemy dalej do parku i naszym oczom ukazuje się niezwykła perełka architektury sakralnej – prawosławna cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej. Jest ona częścią monastyru, powstała w latach 1512-17. W XVII wieku po zniszczeniach, trzęsieniach ziemi i pożarach, została odbudowana, a wiele lat później poddana kolejnym renowacjom.

Wieże z ornamentem przypominającym skręcony sznur zrobią na każdym miłośniku sztuki ogromne wrażenie. Cerkiew jest przepięknie wykończona od zewnątrz, mówi się nawet o 150 różnych rodzajach zdobień.

Moje ulubione zdjęcie z tego dnia:

Tuż obok znajdziemy jeszcze kaplicę i pałac biskupi.

Trochę się jeszcze kręcimy po parku…

Cerkiew ma wymiary 18 na 10 metrów oraz 25 metrów wysokości. Z każdej strony zachwyca. Niestety było już za późno na zwiedzanie w środku – drzwi okazały się zamknięte.

Z powstaniem cerkwi wiąże się legenda o mistrzu Manolo, jej architekcie. Nie szła mu ta budowa kompletnie, co w dzień zbudował, to w nocy było niszczone. Żeby więc zapewnić powodzenie budowie, ktoś we śnie kazał mu zamurować w jej murach pierwszą kobietę, która się tam nazajutrz zjawi. Nie wiem czy to bardzo źle dla niego, ale tą kobietą okazała się jego żona. Dalej świątynia powstawała już bez przeszkód. On sam natomiast został później uwięziony w dachu budowli przez zleceniodawcę, aby nikomu już nie wybudował czegoś tak niezwykłego. Mistrz podjął oczywiście próbę ucieczki i zginął, a w tym miejscu wytrysnęło źródełko wody:

I tu znów wszyscy tak swojsko, z jednego kubka. No, z dwóch…

Do naszej miejscowości docelowej docieramy już w ciemnościach. Perspektywa noclegu w Grand Hotelu, gdzie zarezerwowaliśmy przyjemny apartament w pakiecie ze spa, basenem i możliwym dostępem do Netflixa był pięknym uwieńczeniem czterech dni wyczerpującej podróży. Parkujemy pod ścianą hotelu tuż przy wejściu przy jakimś autobusie, bo nie chce nam się szukać parkingu, który jak się później okazuje jest z tyłu w totalnych ciemnościach. Jako że w ofercie pokoju ma być zestaw do parzenia herbaty, szybko decydujemy, że nie będziemy zabierać naszej gastronomiczno-leczniczej torby z samochodu, po czym idziemy się zameldować. Ze strony obsługi oprócz drobnych rad na początek co do oferowanych atrakcji, pada propozycja wykupienia śniadań za jedyne 9 euro (40 zł) od osoby. Oglądaliśmy te posiłki na zdjęciach, więc bierzemy bez zastanowienia. Pani trzy razy pyta, czy na pewno od razu, bo możemy się do rana zastanowić – wzbudza to jakieś moje podejrzenia, ale bierzemy. Bo co może pójść nie tak?

Apartament jest super – ma dwa wielkie łóżka, dużo miejsca wokół, piękną łazienkę, jakieś dzieła sztuki na ścianach i sporo fajnych praktycznych rozwiązań. Wpadam na pomysł, że napiję się herbaty. Mam taki zwyczaj, że zawsze w obcym miejscu przed pierwszym zalaniem wodą zaglądam do środka. Jak żywe są bowiem w mojej pamięci opowieści znajomych o gotowaniu parówek w czajniku za studenckich czasów. Podnoszę klapkę, patrzę i nie wierzę… Czarny płyn. A czajnik nie wygląda na przypalony… Wącham… kawa rozpuszczalna! 

Chciałabym poznać historię tego czajnika, serio.

Nie będzie zatem herbaty, to jasne. Ale i tak planowaliśmy odwiedzić restaurację hotelową, więc mała strata. Z tej wizyty jestem niezwykle zadowolona, oboje zamawiamy jak zazwyczaj całkiem różne rzeczy (również ze względów bezpieczeństwa, żeby się we dwoje nie pochorować po czymś). Wybieramy więc genialne tagliatelle z łososiem i naleśniki z lodami. Wszystko pięknie podane, sama przyjemność. Ale samopoczucie jakoś tak coraz gorsze, więc rezygnujemy z basenu.

Kto mógł przypuszczać, że noc w tak świetnym miejscu okaże się dramatem? Zatruliśmy się i to naprawdę poważnie. A ktoś z nas jeszcze musiał pójść po torbę z lekarstwami do samochodu…

I nie, jedzenie hotelowe nie miało z tym raczej nic wspólnego. Natomiast bardzo możliwe, że do lemoniady mogła być wlana woda z kranu, bo przecież cały dzień czuliśmy się świetnie. A może jednak to ten omlet z rana? Nie wiem. Ale faktem jest, że MSZ ostrzega przed piciem w Rumunii nieprzegotowanej wody i to polecam sobie wziąć do serca.

Tak czy inaczej musimy jakoś dożyć do następnego dnia. Bo teraz Transalpina przecież! Nie wolno umierać, nie zobaczywszy tego cudu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.