Rumunia – cel: Sinaia (dzień 3)

Dzisiaj naszym celem jest Sinaia – górski kurort położony w środkowej części Rumunii.

Trasa niby niedługa, bo tylko 243 km. Wybraliśmy najkrótszą opcję – przez Oneşti i obok Braszowa (Brașov), drogą numer 11, a później 1. Tym razem chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się u celu, bez dłuższych przystanków.

[Uwaga. Materiał jest chroniony prawem autorskim]

.

.

Decydując się na kontynuowanie podróży w kierunku południowym musieliśmy pominąć polecany przez wszystkich Wąwóz Bicaz (6 km długości, ściany skalne wysokie na ponad 300 metrów i podobno dla lepszego wrażenia najlepiej tam wjechać od strony Jeziora Bicaz). A jadąc kawałek dalej można dotrzeć do Jeziora Czerwonego (Red Lake, Lacul Roşu). Na piesze wędrówki trzeba by tam zapewne przeznaczyć w sumie jakieś dwa dni. Ale sam szybki przejazd będzie z pewnością ciekawym doświadczeniem dla motocyklistów (widziałam filmiki – robi wrażenie). Innym razem.

.

Trzeci dzień w Rumunii

.

Wstaliśmy, pora więc na śniadanie. I tu właśnie chciałabym wspomnieć o pewnej kwestii… Wykupując śniadanie w pensjonacie musimy liczyć się z tym, że nie będzie szwedzkiego stołu i posiłek zostanie przygotowany specjalnie dla nas i podany bez możliwości wyboru składników. Z jednej strony plus, bo wszystko jeszcze ciepłe, zrobione na świeżo, ale z drugiej… dostajesz coś, czego na przykład nie lubisz albo w ilości nieadekwatnej do stopnia zagłodzenia. I żyj z tym potem człowieku cały dzień, a przynajmniej do obiadu. Normą są jajka w różnych postaciach i nabiał (czasem też przyzwoitej jakości szynka), więc warto wziąć to pod uwagę jeśli byłby to dla kogoś problem. Oczywiście są też pensjonaty, które przy większej liczbie gości łączą szwedzki stół z czymś podanym specjalnie na zamówienie i to jest, myślę, dobre rozwiązanie.

Nasz pensjonat był dość dziwny. Wszystko niby takie ładne, eleganckie, przyjemny widok z balkonu na zieleń i ogromne podwórko z ogrodem. A jednak jakoś tak nieswojo. Czuliśmy się trochę jak u kogoś w domu ale wyglądało na to, że nie ma innych gości. Wszyscy przemykali tylko, obserwując nas ukradkiem. Weszliśmy rano do jadalni uważając, by w wejściu nie podeptać zabawek syna właścicieli. W półotwartej kuchni właścicielka przygotowywała nam śniadanie i właściwie to się tam krzątała przez cały czas czekając, czy jeszcze o coś poprosimy. Oczywiście było miło. Jednak zmęczenie podróżą powoli stawało się na tyle odczuwalne, że rano nie mieliśmy siły nawet rozmawiać ze sobą, a co dopiero z kimś obcym. Ja zresztą zawsze rano jestem asocjalna i na jet lagu. I żadna kawa w tym nie pomaga (może dlatego, że jej nie piję). Najpierw trzeba więc było się trochę rozbudzić, rozejrzeć się wokół i zdecydować, czy wstałam lewą, czy prawą nogą (żartuję, zawsze wstaję lewą). A potem myśleć o interakcjach społecznych.

Jeden z domowników nie odstępował nas na krok i raz po raz zaczepiał…

(wybaczcie jakość zdjęć z telefonu)

Wiadomo, szynka wjechała na stół. Nie przepadam gdy się koty kręcą po domu, ale fajny był z niego ziomek. Wyszedł nas potem pożegnać.

Bo po śniadaniu dość szybko się pozbieraliśmy. W planach było jeszcze zwiedzanie miejscowości Sinaia i fajnie byłoby to zrobić zanim się ściemni na dworze.

Niedługo po wyjeździe stanęliśmy w niewielkim korku gdzieś na rozstaju dróg. Ja jeszcze trochę nieogarnięta spoglądam sobie w okno podziwiając totalne nic… i co widzę?

Dobry sposób na korki. Motocykliści zrozumieją ;)

Na szczęście długo nie staliśmy. A potem znów wjechaliśmy w gąszcz zakrętów…

Sam kształt drogi nie był już dla nas żadnym zaskoczeniem. Ale ograniczenie do 10 km/h w miejscu, gdzie droga raczej nie odbiega jakością od innych, hmmm…

Może im się jedynka z przodu zamalowała?

Jechaliśmy sobie dalej spokojnie przez różne miejscowości o ciekawych nazwach. Berek…

Kokos…

Czasem krajobraz był wyżynno-rolniczy…

A czasem trzeba było pilnować winkli w lasach…

Ale w końcu dotarliśmy.

Oto przed nami znany rumuński kurort wczasowo-narciarski:

.

Sinaia

.

Na parkingu pod pensjonatem nie było dla nas miejsca (pomimo zgłoszenia takiego zapotrzebowania) i trochę trudno było się porozumieć z obsługą, ale w końcu wszystko się dobrze ułożyło – weszliśmy po drewnianych schodach na poddasze. Pokój bardzo przyzwoity, nie ma się do czego w zasadzie przyczepić, powiedzmy. O tym, że przez tę miejscowość jeżdżą pociągi dowiedzieliśmy się dość nagle i drastycznie, gdy nam jeden zatrąbił pod oknem. A potem drugi i x-nasty. Z głodu było mi tak bardzo wszystko jedno, że mnie to nawet bawiło. No ale gdyby ktoś ewentualnie zszedł na zawał po tym trąbieniu, to bez obaw – kilkadziesiąt metrów dalej był zakład pogrzebowy.

Co jak co, ale zawsze lepszy taki widok niż okna od strony ruchliwej ulicy:

Na wiele rzeczy można przymknąć oko, jeśli zakładamy, że zostajemy tylko na jeden dzień.

Potrzeba zjedzenia obiadu szybko zaprowadziła nas do wyjścia z pensjonatu. Do centrum kurortu mieliśmy w zasadzie dość blisko. Ale oczywiście poszliśmy naokoło.

Kto się potknął o te kulki, no kto? ;) Niestety, zamiast pójść kilkaset metrów dalej do restauracji polecanej przez TripAdvisor, popełniliśmy ogromny błąd i usiedliśmy tu:

Ładnie pachniało, byli jacyś klienci a i głód był silniejszy niż chęć dalszego poszukiwania.

Ale o ile domowe wino było dobre…

i nawet można było sobie kupić mózg (mój już trochę nie stykał)…

to nigdy wcześniej nie jadłam tak niedobrej pizzy.

Nie wyglądała tak tragicznie jak smakowała. Niestety ładny zapach i ciekawie ułożone menu to nie wszystko (tym bardziej, że było właściwie nieprzydatne, bo połowy potraw i żadnych ryb faktycznie nie mieli). A obsługa była fatalna. Źle trafiliśmy po prostu, nauczka na przyszłość.

Jako że były godziny popołudniowe, ale jedzenie okazało się priorytetem, musieliśmy liczyć się z tym, że nam mogą zamknąć zabytki. I tak też niestety po części było, ale od początku…

SINAIA to miasto położone w środkowej części Rumunii, centrum rumuńskiej turystyki górskiej – jest to dobre miejsce wypadowe w góry Bucegi. Pod szczyt Furnica (2103 m m.p.m.) można wyjechać kolejką linową (Gondola Sinaia, Telecabina). I z pewnością byśmy to zrobili, gdybyśmy dysponowali jeszcze jednym dniem w tej okolicy. Jednak cała ta podróż była jednym wielkim szaleństwem i dodatkowy czas wypoczynku nie wchodził w grę. Jeszcze nie teraz.

Pierwszym naszym celem był monastyr Sinaia. Poszliśmy przed siebie.

Mijaliśmy okazałe budynki. To akurat dawny szpital:

To dość tajemnicze miejsce. I nie jest oznaczone na mapach Google.

Im bliżej centrum, tym klimat bardziej zakopiański:

Momentami czułam się jak na Krupówkach:

Następnie skręciliśmy w lewo na dość stromą ulicę, zgodnie ze wskazówkami. Idąc podziwialiśmy stare zabytkowe wille w stylu szwajcarsko-alpejskim. Bardzo ciekawy klimat. Ostatecznie znaleźliśmy się przy obiekcie, którego szukaliśmy:

Monastyr Sinaia (Mănăstirea Sinaia) to klasztor prawosławny ufundowany przez księcia Mihai Cantacuzino. Jak podają źródła, fundator ukrywał się na tym terenie i obiecał, że jak przeżyje, wybuduje świątynię.

Kompleks klasztorny obejmuje m.in. stary kościół, kaplicę Przemienienia Pańskiego, kościół Świętej Trójcy zbudowany w latach 1842-46 oraz muzeum. Miejsce to swą nazwę zawdzięcza górze Synaj, którą fundator odwiedził w czasie podróży do Ziemi Świętej.

Przy klasztorze rozwinęła się osada o tej samej nazwie.

Wnętrze było dość ciemne, to robiło niezłą atmosferę. Ale pora iść dalej. Tuż przy bramie wejściowej spotkaliśmy się z pewną ciekawostką…

Stała sobie taka płytka studzienka z kranem. Ludzie pili z niego wodę nalewając ją do któregoś z leżących na kratce kubków. Skojarzyło mi się to z automatami na wodę z przyczepioną na łańcuchu szklanką wielokrotnego użytku, które widziałam lata temu we Lwowie.

Na dnie widać pieniądze. Mokre, bo wiadomo – resztki wody z kranu gdzieś muszą spływać. Ale spokojnie, nic im nie będzie, bo rumuńskie pieniądze są… plastikowe. I są naprawdę interesujące, warto je pooglądać zanim włożymy do portfela.

Z klasztoru powinniśmy się udać do położonego niedaleko zabytku, który tak naprawdę nas sprowadził do tego miasta. Ale niestety Zamek Peleș (Castelul Peleș) był już o tej porze nieczynny – ostatnie wejście jest o 16:15. Ogromna szkoda, że się nie udało, ale mam powód, by tam wrócić. Pałac/zamek to dawna rezydencja letnia rumuńskich królów, która powstała pod koniec XIX wieku wg projektu niemieckiego architekta Wilhelma Doderera. Koszt budowy wyniósł podobno równowartość 120 milionów dolarów. Obecnie jest tam muzeum. Na terenie zamku znajduje się również nieco mniejszy Pałac Pelișor (tzw. Mały Peleș), zbudowany nieco później na polecenie króla Karola I dla swojego bratanka i jego żony.

Dzień powoli się kończy, robi się szaro. Schodzimy do miasteczka, mijając po drodze cmentarz wojskowy (Cimitirul Eroilor), gdzie pochowano żołnierzy poległych na tym obszarze pod koniec I Wojny Światowej.

Kierując się do pensjonatu, idziemy przez park (Parcul Dimitrie Ghica). Tutaj znajduje się Kasyno Sinaia:

a przed nim pięknie rzeźbiona fontanna:

Nieco dalej mijamy fontannę artezyjską:

i hit dnia: ławkę separacyjno-rozwodową ;)

Jakiś pan zrobił nam na niej aż 38 zdjęć, bo się coś w telefonie zacięło. Można z tego nawet stworzyć niezłą historyjkę obrazkową ;)

W Sinai wiele zabytkowych budynków jest opisanych na specjalnych tablicach. To bardzo pomocne, gdy chce się na szybko zaczerpnąć wiedzy na jaki obiekt właśnie spoglądamy, bez szukania w przewodnikach:

A przy bankomacie skuteczna ochrona całodobowa:

Tu jeszcze mam dla Was fotkę mapy z rozrysowanymi wyciągami. Może kiedyś przyjdzie komuś do głowy oryginalny pomysł, by wybrać się tam na narty. Bo w sumie czemu nie?

Wróciliśmy szybkim krokiem do pokoju. To niesamowite, jak taka intensywna codzienna podróż może dać człowiekowi w kość. Z praktycznych porad: warto co dwa-trzy dni zarezerwować dodatkowy dzień na odpoczynek. Bo potem się gada przez telefon od rzeczy i to wcale nie przy udziale alkoholu ;)

.

Jeśli będziecie mieli trochę luźniejszy plan wyjazdu, można pomyśleć o wulkanach błotnych (Vulcanii Noroioși Pâclele Mari) w okolicy miejscowości Berca (ok. 150 km na wschód od Sinai). Jest to jedno z trzech takich miejsc w Europie (drugie na Islandii a trzecie na Krymie). Mamy do wyboru Paclele: Mari (największy teren – 15,2 ha), Mici (10 ha) i Beciu (zdecydowanie najmniejsze i najtrudniejsze do znalezienia – 0,08 ha, droga trudna, szutrowa). Warto pamiętać, że błoto w kraterach jest toksyczne. Dlatego nic tam nie rośnie. Bilety są po 4 lei, parking dodatkowo płatny. Gdzieś tam jest podobno również camping, jak ktoś lubi nocą patrzeć w gwiazdy :) Może następnym razem?

.

A teraz trzeba szybko spać. Rano czeka nas przygoda, którą sobie wymarzyłam rok wcześniej: Trasa Transfogarska!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.