Salut, România! (dzień 1)

O Rumunii krąży wiele stereotypów. Kraj ten niektórym nadal trudno postrzegać jako atrakcyjny cel podróży na wakacyjny odpoczynek. Bo czy Rumunia może zachwycić? Sprawdźmy to!

[Uwaga. Cały materiał jest chroniony prawem autorskim]

.

W pewną sobotę o bardzo nieludzkiej porze, czyli nieco po 6 rano, ruszyliśmy ze Śląska na długo wyczekiwany urlop. Oczywiście trochę spóźnieni, bo wstępny plan zakładał, że 9-godzinną podróż rozpoczniemy o 5, ale każde kolejne drzemki klikane w telefonie skutecznie mnie przekonywały do jeszcze dokładniejszego owinięcia się kołdrą.

W końcu bagażnik załadowany, muzyka wybrzmiewa z głośników… to jedziemy! Przed nami pół miesiąca podróżowania po Bałkanach i prawie 4500 kilometrów do zrobienia. Szybko wyskoczyliśmy na A4 w kierunku Krakowa (szczerze nie znoszę tego odcinka), a w Nowym Sączu udało nam się trafić na otwartą z rana galerię handlową, żeby kupić klej. Nie po to oczywiście, żeby nam się rozmowa w aucie kleiła (choć dla wielu wytrzymać z drugim człowiekiem tyle godzin w jednej puszce i się nie pozabijać to mógłby być sukces na miarę Pokojowej Nagrody Nobla), ale powód był iście prozaiczny… tuż przed wyjazdem zgniotłam swoje jedyne okulary przeciwsłoneczne. Dzień dobry, witaj przygodo! Pięknie się zaczyna.

W okolicach Krynicy Zdroju wjechaliśmy na Słowację – kierunek: Bardejów, Trebišov, aż do węgierskiej granicy Pácin. A do Rumunii wjechaliśmy w miejscowości Petea. I tu się zaczynają konkrety udokumentowane prawie dwoma tysiącami zdjęć i krótkich filmików, a także około 600 GB (tak, gigabajtów!) materiału z samochodowego wideorejestratora. Ale zacznę od czegoś dla mnie ważnego…

.

Dlaczego Rumunia?

Rok temu oglądałam relacje wielu uczestników Złombola (to taki niezwykle pozytywny rajd charytatywny -> zlombol.pl), którzy jadąc na metę do Grecji, wybrali drogę akurat przez Rumunię. Do tego coraz częściej na grupie motocyklowej pojawiały się zdjęcia z wypraw w tamte rejony. Urzekły mnie niezwykłe widoki. Ale same widoki to przecież nie wszystko. Od dawna słyszałam o tym kraju niekoniecznie pozytywne opinie. I to od osób, które nigdy nie miały z Rumunią do czynienia, a Rumunów ciągle mylą z Romami (Cyganami), choć oczywiście Romowie też w Rumunii mieszkają – jak i u nas.

O tym celu podróży mówiłam już od jakiegoś czasu. Było niedowierzanie i zdziwione miny, że jak to Rumunia, przecież to żadne wakacje w „takim” kraju. Ktoś nawet stwierdził, że nas okradną i ogólnie niebezpiecznie. Pomyślałam więc na przekór (jak to ja), że właśnie dlatego tam pojadę – żeby się przekonać, jak jest naprawdę. Żeby samej sobie wyrobić zdanie. Bo nie kręcą mnie kurorty, gdzie na urlop masowo jeżdżą wszyscy. Nie interesują mnie też stereotypy powtarzane przez ludzi, którzy nigdy w danym miejscu nie byli. A teraz, po powrocie, powiem wam jedno: pora „odczarować” ten kraj!

.

Kilka słów o samej Rumunii

Język rumuński. Ustrój demokratyczny. Stolica – Bukareszt. Dostęp do Morza Czarnego. Dominuje religia prawosławna. W Unii Europejskiej od 2007 roku.

Waluta: 1 lej = 100 banów (RON) – przeliczana zazwyczaj przez turystów na złotówki 1:1, bo tak najprościej.

To w ogromnym skrócie.

Niecałe 6 dni to decydowanie za mało, żeby zwiedzić ten kraj choćby w przyzwoitym stopniu. To byłoby niewykonalne ze względu zarówno na ilość ciekawych miejsc, jak i na odległości. Rumunia była jednak dla nas jednym z kilku etapów bałkańskiej podróży. Ale za to tym największym i najważniejszym. Muszę przyznać, że nie wiedzieliśmy tak do końca czego się spodziewać, a to jeszcze bardziej potęgowało moją ekscytację. I chyba właśnie z tej ekscytacji zapomniałam zabrać przewodnik po Rumunii. A właściwie to kupić, bo miałam już upatrzony egzemplarz w księgarni, ale przed wyjazdem parę ważnych spraw się jeszcze pojawiło i wyszło jak wyszło. Tak, uwielbiam papierowe przewodniki i po prostu uważam, że czasem dobrze jest mieć pewne rzeczy w ręce a nie na ekranie (ups, źle to zabrzmiało chyba). No ale trudno – nie takie rzeczy się ogarniało, więc i bez przewodnika damy radę. Trasa była mniej więcej zaplanowana, a w całej Rumunii internet mi fajnie śmigał w roamingu, więc mogłam w miarę na bieżąco sprawdzać czy wokół jest coś fajnego i uzupełniać relację w mediach społecznościowych. Dodatkowo wieczorami na każdym noclegu mieliśmy w pokojach darmowe wi-fi. Czyli standardy europejskie :)

Jak już wspomniałam, czas mieliśmy ograniczony i trzeba było nastawić się na jakiś konkretny cel – wybraliśmy przyrodę: widoki, malownicze trasy oraz kilka słynnych obiektów sakralnych na północy. Bez dużych miast, z kilkoma miejscami „awaryjnymi”, na zasadzie „na co czas pozwoli, to zobaczymy”. Byliśmy gotowi na modyfikacje (w ramach rozsądku) i ostatecznie do kilku miejsc trafiliśmy w ostatniej chwili albo przypadkiem. Wszystko po to, by nie robić sobie jeszcze większej presji niż ta, która wynika ze zmęczenia długimi odcinkami oraz z konieczności trzymania pewnej dyscypliny, aby zdążyć zrealizować całą długą bałkańską trasę. Udało się na styk, bo niesamowitych historii – jak wiadomo – zabraknąć nie mogło.

.

Ale wróćmy do naszej podróży…

W godzinach popołudniowych wjechaliśmy do Rumunii od strony północnej (Petea) i skierowaliśmy się do Okręgu Marmarosz (Județul Maramureș) – to historyczna kraina w północnej części Rumunii oraz w południowo-zachodniej Ukrainie, wzdłuż rzeki Cisy.

Pierwszy obiekt, jaki chcieliśmy zobaczyć, to Mănăstirea Huta – klasztor położony przy trasie nr 19, po drodze do Wesołego Cmentarza (Săpânța). Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, to właśnie na nim mieliśmy zakończyć pierwszy dzień zwiedzania.

Taką trasę mieliśmy do pokonania:

Niedługo po przekroczeniu granicy, za miejscowością Lazuri, trafiliśmy na wahadło. Kładziono nowy asfalt, więc na chwilę stanęliśmy czekając na zielone światło do dalszej jazdy. Tak naprawdę dopiero wtedy mieliśmy okazję troszkę bardziej się rozejrzeć z okien samochodu. Ilość śmieci, jaka leżała w rowach, była znaczna. Jak się później okazało, o ile miasta i wioski były w miarę czyste, tak wszelkie leśne czy górskie przydrożne postoje i pobocza tonęły w śmieciach. Przykre i nieprzyjemne wrażenie. Do tego psy. Wszędzie bezpańskie (?) psy! Chodziły, grzebały w tych śmieciach, czasem oglądały się na przejeżdżające samochody. No po prostu dziwnie było tak jakoś. Słaby początek w całkiem nowym kraju.

Jadąc przez kolejne wsie, już od początku mieliśmy wrażenie, że jest albo bardzo skromnie albo ewidentnie na bogato – oczywiście w lokalnych granicach i estetyce. Widzieliśmy albo wielkie kilkupiętrowe domy, często w różnych specyficznych stylach, posadowione za rzeźbionymi płotami, albo małe gęsto usiane chatki z zaniedbanymi ogródkami, pełnymi bujnej roślinności. Wokół biegały dzieci. Niektóre – widząc mnie w oknie samochodu z lustrzanką w ręce – machały z pobocza i pozowały. Pod płotami, wzdłuż zapewne jedynej głównej ulicy, na ławkach gromadzili się mieszkańcy okolicznych domów. Zwyczajnie, towarzysko. Czyli tak, jak to u nas to na wsiach bywało parę ładnych lat temu. No i właśnie… Niektóre miejsca przypominały mi Polskę z lat 90., czyli (tak, to już tyle!) sprzed 20-30 lat.

Gdzieś na wysokości miejscowości Ciuperceni wyprzedziło nas dwóch motocyklistów i tak sobie przez pewien czas jechaliśmy. Wypatrzyłam, że mają tablice zachodniopomorskie. Kawał drogi więc pokonali, aby się w ogóle dostać do Rumunii. Ciekawa sprawa! Jak się okazało, jeszcze się tego dnia mieliśmy okazję spotkać… na cmentarzu (tym Wesołym). I zamienić parę słów. Podziwiam, naprawdę. Mam nadzieję, że wrócili szczęśliwie do domu.

Zazwyczaj jak się wyjedzie na południe z naszego pięknego kraju, to wypada zwrócić uwagę na drodze, że rzadko stosuje się znak informujący o wjeździe w teren zabudowany, bo wszystko załatwia tabliczka z nazwą miejscowości. W Rumunii takie znaki funkcjonują – choć w nieco bardziej egzotycznym wydaniu. Do tego na poboczach niektórych dróg możemy często spotkać zatoczki parkingowe – wszystko jest odpowiednio oznaczone i zasygnalizowane wcześniej, więc bez problemu można skorzystać z okazji do wypoczynku. Przy niektórych postojach są nawet ławki i stoliki piknikowe na trawie, mimo że to tylko kawałek pasa wzdłuż drogi, a nie jakieś wielkie miejsce obsługi podróżnych jak u nas.

Gdyby ktoś szukał Adriana, to mieszka tam taki po lewej:

Była sobota. Po drodze natrafialiśmy więc na wiejskie wesela. Bramy przy niektórych domach były przystrojone na kolorowo, wokół kręciło się mnóstwo ludzi ubranych odświętnie. Całe wsie zgromadzone były na poboczach, dużo samochodów zaparkowanych jak popadnie. Gdzieniegdzie zamiast limuzyn – ozdobione kwiatami wozy konne. Fajnie było to zobaczyć. A wiecie, że tam nawet zwykłe furmanki mają tablice rejestracyjne? Nieco inne niż samochodowe, ale z numerami. Kosmos.

To tylko screeny z videorejestratora, więc na szybie oglądamy również resztki latających stworzonek, które nie przetrwały podróży ;)

Co kilka miejscowości zmienia się styl zabudowy. W Negrești-Oaș na przykład pojawiają się domy z dość specyficznym kształtem dachu. To kolejna ciekawa rzecz, która na żywo robi niezłe wrażenie:

Jak widać na załączonych obrazkach (za stan szyb w aucie przepraszam), Rumunia jest co do zasady świetnie oznakowana. A dlaczego „co do zasady”? Bo pierwszy nasz planowany obiekt zabytkowy przegapiliśmy. Ale to była w pewnym sensie wina Google i naszego – mówiąc delikatnie – skromnego przygotowania, bo obiekt, do którego zmierzaliśmy, znany nam był jako Mănăstirea Huta. Tak przynajmniej pokazało Google Maps. A faktycznie na drodze było to opisane jako

Manastirea Sfanta Treime Moișeni

.

Podobno, bo przecież nie zauważyliśmy.

I pies nam trochę dał do myślenia, że po co on tak stoi, żebyśmy przejechać nie mogli? Wtedy zauważyliśmy parking. Zjechaliśmy, aby jeszcze raz zerknąć w mapę Google…

No i trzeba było się troszkę wrócić, aby zobaczyć monastyr. Miejsce, w którym ostatecznie pozostawiliśmy samochód, jest szerokim szutrowym poboczem z mnóstwem dziur, ale za to znajduje się przy samej bramie wejściowej… Coś za coś.

W sumie to nie pamiętam dlaczego akurat to miejsce wybraliśmy. Po drodze było przecież mnóstwo brązowych drogowskazów na zabytkowe cerkwie, ale nam się ta Huta jakoś tak ubzdurała. I dobrze, bo to był idealny punkt relaksacyjny na mapie intensywnej turystyki.

Klasztor Świętej Trójcy w Moișeni (Mănăstirea Sfanta Treime Moișeni) to piękne miejsce położone na niewielkim wzgórzu, z którego rozciąga się bardzo przyjemny widok.

Spacer alejkami i dźwięk charakterystycznego śpiewu chóralnego, wydobywający się z cerkwi, dawał ukojenie i odpoczynek. A zieleń cieszyła oko.

Pół godziny i pojechaliśmy dalej – nie ma co przedłużać, bo zbliżała się burza.

W Rumunii byliśmy może od dwóch godzin, a przejechaliśmy już sporo bardzo ostrych zakrętów. Tak nietypowo dosyć. Mogę wręcz śmiało powiedzieć, że Rumunia to kraj zakrętów i z każdym kolejnym dniem wyprawy to się tylko potwierdzało. Ale żeby było ciekawiej, to przed samym odjazdem z monastyru zorientowaliśmy się, <facepalm> że w Rumunii przestawiamy czas o jedną godzinę do przodu. I przez to nie zdążymy wejść na Wesoły Cmentarz, bo gdzieś wyczytałam, że o 18 zamykają. Czyli za chwilę. Do miejscowości Săpânța jeszcze zostało co najmniej pół godziny drogi, a wiła się ona niesamowicie i ciężko by było w takich okolicznościach nadrobić czas wdeptując gaz w podłogę. Więc jechaliśmy sobie na spokojnie…

Tak czy inaczej, nasza droga na nocleg wiodła niedaleko Wesołego Cmentarza, więc postanowiliśmy, że pomimo zamknięcia pojedziemy tam i zobaczymy jak to wszystko wygląda, by móc następnego dnia rano wstąpić i obejrzeć ten unikatowy zabytek już bez błądzenia czy szukania parkingu. Droga prowadziła wzdłuż rzeki Łaby. Na drugim jej brzegu (czyli właściwie kilkadziesiąt metrów dalej, bo koryto nie jest tam szerokie), była już Ukraina – tak blisko!

I wreszcie Săpânța. Z daleka już zobaczyliśmy kolorową wieżyczkę świątyni, która stała się naszym punktem orientacyjnym. Jechaliśmy za znakami i w myśl zasady, że im więcej straganów, tym bliżej miejsca docelowego. Tym sposobem udało nam się trafić bez problemu do

Wesołego Cmentarza

.

czyli jednej z najbardziej oryginalnych nekropolii na świecie. Miejsce parkingowe znalazło się dla nas niemal przy samej bramie cmentarza.

A brama ta – ku naszemu zdumieniu – była otwarta! Kasa była nadal czynna. Zapłaciliśmy więc po 5 lei od osoby i upewniwszy się dwukrotnie, że w całym kiosku na pewno nie ma ani jednego najmniejszego przewodnika po tym pięknym miejscu (tak twierdziła sprzedająca, choć na półkach stały foldery), weszliśmy pooglądać wesołe nagrobki…

Tak, ta fotka jest niewyraźna, proszę nie regulować odbiorników ;)

Dochodziła już godzina 19, słońce powoli zaczynało zachodzić, tworząc momentami świetny klimat…

Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) to jedyna tego rodzaju nekropolia na świecie. Wchodzimy na jej teren i naszym oczom ukazuje się coś niesamowitego – mnóstwo kolorowych nagrobków z drewna, w których miejscowy artysta Stan Ioan Pătraş (a następnie jego uczeń Dumitru Pop Tincu) wyrzeźbił scenki z życia pochowanych tam mieszkańców wioski.

Nagrobki często opatrzone są dowcipnymi wierszykami mówiącymi o zmarłych lub o przyczynach ich śmierci. Powstawały od 1935 roku i – jeśli wierzyć Wikipedii – jest ich obecnie ponad 800. A pośrodku cmentarza znajduje się cerkiew prawosławna z 1886 roku:

Podobno odwiedzając to miejsce w czasie nabożeństwa (niedzielne południe?) nie tylko nie trzeba kupować biletu, ale można też zobaczyć mieszkańców wsi w ich tradycyjnych, odświętnych strojach.

Obok cerkwi jest możliwość – jak wszędzie w tego typu miejscach – zapalić świeczki…

…jak mniemam, w intencji żywych (vii) i za zmarłych (morți).

Niebieskie krzyże ozdobione są „na bogato”, to prawdziwe arcydzieła.

Gdzieś mi się obiła o uszy taka interpretacja „wesołego” charakteru tego miejsca, że śmiech to swego rodzaju oczyszczenie. Coś w tym pewnie jest.

Na terenie cmentarza znajduje się również sklep z pamiątkami, ale był już zamknięty, więc nie mieliśmy okazji zapytać o przewodnik po tym miejscu. Szkoda, bo szczegółowych publikacji na ten temat nie ma w internecie. Wszyscy piszą niemalże to samo, a fajnie by było poznać historie z choćby kilku najciekawszych nagrobków.

A może by tak zapoznać się z językiem rumuńskim przed kolejnym przyjazdem? To wcale nie jest głupi pomysł. Podpowiem wam od razu, że ț (takie śmieszne t z ogonkiem) czyta się jak c. Ta wiedza może wam wiele ułatwić w trakcie podróży ;)

Ten gość wygląda jakby sobie robił selfie na masce passata, ale w rzeczywistości to on chyba zginął w wypadku:

Samo podejście do tematyki śmierci jest tutaj dość ciekawe. Jak widać, można o tym mówić w inny sposób i nie umniejsza to pamięci zmarłych – myślę, że wręcz przeciwnie. Bez przesadnego patosu owiniętego w czarny kolor również można oddać należną cześć zmarłym. Nie lubię schematów, ale to już przecież wiecie ;)

Słońce schodziło coraz niżej tworząc różne kompozycje pomiędzy rzeźbionymi krzyżami:

A ta kobieta to chyba lubiła polewać, bo przedstawiono ją z butelką i kieliszkami:

Cały spacer po tym miejscu, włącznie z wejściem do cerkwi, zajął nam może pół godziny. I jako że zaczynał powoli zapadać zmierzch, wolnym krokiem udaliśmy się w stronę wyjścia.

Ostatnie spojrzenie na cmentarz. Ta krótka wizyta przekonała mnie, że chcę tu wrócić – ale z pewnością o innej porze dnia, z jakąś dobrą publikacją (bądź w godzinach otwarcia kiosku) i z większą ilością czasu, by obejrzeć dokładniej nie tylko groby, ale i izbę pamięci twórcy wyjątkowości tego miejsca oraz znajdującą się w pobliżu drewniano-kamienną cerkiew św. Józefa z najwyższą (78 m) wieżą w regionie. Obiekt ten jest podobno najwyższą drewnianą budowlą w Europie. Szkoda takie miejsca przegapić, ale niestety po pierwsze byliśmy już zmęczeni podróżą, a po drugie, kończył się dzień i trzeba jeszcze było dojechać na nocleg. A wrażeń było już tak dużo, że gdzie miejsce na kolejne?

Jak widać poniżej, oryginalna marka samochodu (rzadko spotykana w tamtych okolicach), przyciąga całe rzesze pań – i to w ekspresowym tempie, bo jak przyjechaliśmy, to cała ławka była pusta…

A może po prostu stanęliśmy przy przystanku? ;)

No i jeszcze jeden miejscowy akcent nam się udało uwiecznić wyjeżdżając z Săpânțy… Po pierwsze, panowie w koszulach to był w sobotę i niedzielę bardzo powszechny (i ładny) widok. A po drugie, mijając czy wyprzedzając każdego dnia na drogach wozy ciągnięte przez konie, mieliśmy okazję przenieść się choć na chwilę do polskiej wsi z lat 90. Wielu z nas będzie miało zapewne przed oczami sceny z dzieciństwa, kiedy to jechało się do rodziny czy bliskich na gospodarstwo, aby spędzić wakacje z daleka od miejskiego zgiełku. Tutaj mamy szansę na nowo poczuć ten klimat.

Nocleg znaleźliśmy przez Booking w miejscowości Syhot Marmaroski. Głównie rezerwowaliśmy pensjonaty (pensiunea), bo były w przyzwoitych cenach i jednocześnie na bardzo dobrym poziomie. Ale miały też wadę… Jeśli śniadanie było wliczone w cenę, to często nie było w formie szwedzkiego stołu. I o tym również jeszcze wspomnę.

Wreszcie wjechaliśmy na prywatną posesję pensjonatu. Parking był zawsze naszym najważniejszym kryterium przy wyborze miejscówki. No, wi-fi też. Gospodyni co prawda nie mówiła po angielsku, ale zadzwoniła do kogoś, kto mówił. Wszystko dogadane bez problemu. Zmęczeni wciągnęliśmy walizkę na pierwsze piętro. Tu też ważna rzecz – zakładając, że każdą noc spędzamy w innym miejscu, żeby nie wnosić codziennie po schodach dwóch walizek wymyśliłam, że podzielimy sobie rzeczy – i tym sposobem w jednej walizce były rzeczy rumuńsko-górskie (na pierwszą część wyprawy), a w drugiej rzeczy na wybrzeże (na drugą połowę wyjazdu). Do tego zawsze i wszędzie w pensjonatach mieszkała z nami nasza torba z jedzeniem i różnymi przyborami, czajnikiem itp. Nie każdy obiekt miał aneks kuchenny. Ba, niektóre nawet nie miały kącika do zaparzenia herbaty czy lodówki. Ale miały dobry parking albo świetną lokalizację i bardzo ładne wnętrza, więc wybór był oczywisty :) Wszystko czego potrzebowaliśmy mieliśmy przecież ze sobą.

W pokoju miłe wrażenie – naprawdę jest jak na zdjęciach. A przed spaniem stały rytuał (nie – prysznic i mycie ząbków będzie później…). Najpierw zgrywanie zdjęć z telefonu, aparatu i z urządzeń rejestrujących. Na laptopy i na dysk zewnętrzny. Skopiowane pliki awaryjnie trzymaliśmy w różnych miejscach bagażnika. Ale tu nie chodzi o Rumunię, bo w Polsce też mamy taką praktykę – różnie przecież bywa i szkoda by było to wszystko stracić. A pamięć ludzka bywa zawodna.

Na kolejny dzień mieliśmy bardzo ambitny plan, więc wypadałoby nie zaspać…

2 thoughts on “Salut, România! (dzień 1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.