Rumunia – kraj zakrętów (dzień 2)

W dalszej części podróży czekały na nas znów zakręty, góry i między innymi unikatowe w skali światowej malowane cerkwie – w Voroneț i Humor.

Żeby nie było tak zupełnie cukierkowo już teraz zdradzę, że tego dnia w pewnym miejscu zaskoczyło nas coś niemiłego. Na szczęście dobrych wrażeń na tym odcinku trasy było zdecydowanie więcej. A na końcu nocleg w dość dziwnym miejscu… Jedziemy!

[Uwaga. Materiał jest chroniony prawem autorskim]

.

Słoneczny niedzielny poranek, drugi dzień w Rumunii. Kawa z dostępnego w pensjonacie ekspresu i śniadanie na balkonie wśród czerwonych pelargonii. Przyjemnie całkiem. W perspektywie 380 km. Jak na tamtejsze warunki – dużo. I tym razem moja kolej za kierownicą. Nie mogłabym sobie przecież odmówić takiej przyjemności!

 

.

Google pokazuje 6,5 godziny samej jazdy, więc już teraz musimy zweryfikować nasze plany. Ograniczamy ilość miejsc, wybieramy obiekty reprezentatywne. A jak nam się coś po drodze spodoba, to się dodatkowo zatrzymamy – to są właśnie uroki podróżowania samochodem :)

Szybkie pakowanie i znosimy bagaże do samochodu. Poprzedniego dnia wieczorem już byłam na tyle zmęczona, że wchodząc nie zauważyłam nawet takiego małego elementu na klatce:

Po drodze jeszcze trzeba uzupełnić paliwo. Przyjechaliśmy do Rumunii na jednym pełnym baku i choć jeszcze trochę w nim zostało, to nie do końca wiedzieliśmy, czy będzie później gdzie zatankować w razie nagłej potrzeby. Ogólnie ceny są podobne do naszych, a stacje może i nie robią jakiegoś wielkiego wrażenia, ale w miastach jest wybór. Za to na wsiach już żadnego. Z dystrybutorów leje się benzina (benzyna) i motorina (diesel). LPG też można znaleźć, choć wiadomo – nie wszędzie.

Z Syhotu Marmaroskiego wyjeżdżamy oglądając go tylko przez szyby samochodu. Miasta zostawiliśmy sobie na inny wyjazd. Teraz, spragnieni widoku gór, mkniemy na wschód, w kierunku Mołdawii. Jadąc przez Okręg Marmarosz, co jakiś czas zatrzymujemy się, by podziwiać piękno przyrody.

Niedziela to dzień, w którym wielu wiernych zmierza do świątyni. Jest to świetna okazja, by zaobserwować mieszkańców, ich styl życia, kulturę… Ale trzeba też znacznie bardziej uważać na drogach, bo mnóstwo ludzi idzie pieszo poboczem. Po drodze, jadąc przez wioski, zwracamy uwagę, że kobiety udające się na nabożeństwo mają w danej miejscowości niemalże jednakowe stroje – ciemne (często czarne) spódnice za kolano, chustki na głowie i odświętne bluzki, często z wielkim żabotem czy bogato zdobioną koronkami. W przypadku bluzek, w każdej wiosce ten trend jest inny – w jednej jest cała biała, w innej biała z ciemnym obszyciem, jeszcze gdzieś indziej z pięknym kolorowym haftem. Mężczyźni oczywiście klasycznie – koszule, ciemne spodnie.

Zostawiam wam tu przykłady w postaci screenów z wideorejestratora:

A teraz z innej beczki. W krajach południowych można spotkać wiele różnych rozwiązań, których nie ma u nas. Tu kolejna ciekawostka drogowa: dość nietypowe ograniczenie prędkości, bo do 25 km/h. Całkiem uzasadnione, bo zakręt dość konkretny a za nim przepaść.

Droga zakręca aż miło! I taka jest właśnie Rumunia.

I tym sposobem docieramy do Przełęczy Prislop (Pasul Prislop). Stąd wychodzą różne karpackie szlaki górskie. Rozdziela ona Góry Marmaroskie od Gór Rodniańskich oraz region Marmarosz od Bukowiny. Gdy tylko na horyzoncie pojawia się biała murowana cerkiew, decydujemy się na krótki postój.

Parking jest dość duży i znajduje się po obu stronach drogi. Po prawej mamy kompleks sakralny, po lewej dwa duże budynki (jeden podobno jest schroniskiem). Widoki z każdej strony cieszą oko.

Idziemy w kierunku bramy wejściowej.

Na tablicy informacyjnej (trzecie zdjęcie, po prawej) mamy – według Google Translate – taki komunikat: „Obwodnica lasu alpejskiego Borşa. Las jest najpiękniejszym ornamentem natury. Chrońmy to!” Pełna zgoda.

Mijając zaparkowane samochody, zauważamy w jakimś małym audi dość ciekawe zjawisko…

A myślałam, że takie wieszanie gadżetów to tylko u nas modne. Ale oczywiście niech sobie każdy wiesza w swoim aucie co chce i ile chce, byle nie ograniczało to widoczności na drodze.

W cerkwi trwa nabożeństwo. W końcu jest niedziela. Nie chcemy więc przeszkadzać – obchodzimy budynek i tylko z daleka zerkamy jak wygląda wnętrze.

Pogoda jest całkiem ładna, dlatego co chwilę przystajemy, by się rozejrzeć…

A tą drogą będziemy zaraz kontynuować podróż:

Przechodzimy też na drugą stronę ulicy.

Chciałoby się usiąść i podziwiać, ale są pewne priorytety… takie jak na przykład pilne wezwanie pęcherza. Zapada więc szybka decyzja, że szukamy knajpy z toaletą, a przy okazji chętnie jakieś frytki przegryziemy. Wchodzimy do pierwszej…

Młoda dziewczyna udaje, że nie za bardzo rozumie o co nam chodzi, po czym po konsultacji z panem stojącym obok odpowiada po angielsku, że toaleta jest nieczynna. I że może w drugim budynku. No to idziemy zapytać, czy tam mają jakieś WC…

Powyższe zdjęcie powstało po to, żebym do końca życia sobie zapamiętała, gdzie więcej mam nie wchodzić. Przekraczamy próg, rzucam przyjazne pozdrowienie jak zawsze z uśmiechem, po czym pytam czy jest może czynna toaleta. Nagle siedzący przy barze młody mężczyzna odwraca się i… zaczyna na nas krzyczeć po angielsku, żywo przy tym gestykulując. Że jak możemy tak przychodzić i pytać o WC, zamiast zapytać czy mają sok, kawę albo coś do jedzenia; nie może być tak, że ludziom chodzi tylko o toaletę. Potem poszły kolejne niepotrzebne słowa z jego strony. Totalnie zaskoczona takim obrotem sprawy decyduję się w ogóle nie podejmować rozmowy, tylko szybko przeprosić i wyjść, żeby się facet bardziej nie rozkręcał, bo w sumie nie wiadomo co może z tego wyniknąć. Dziwne to było. Wystarczyło przecież powiedzieć, że nie można skorzystać i tyle. Nie chcieliśmy przecież niczego za darmo. Był plan aby coś wziąć i na chwilę usiąść, ale warunkiem dla nas koniecznym było czynne WC. Poza tym nie pije się soku z pełnym pęcherzem. No po prostu nie. Jedziemy więc dalej.

Po drodze świetnym rozwiązaniem są zatoczki, w których można przystanąć, zrobić zdjęcia czy rozprostować się i chwilę odpocząć. Niefajne jest jednak to, że nie ma w tych miejscach koszy na śmieci, przez co tony plastiku leżą w dużych ilościach na poboczu, psując często całe wrażenie z oglądanych widoków.

Z każdym kolejnym pokonanym kilometrem psuje nam się pogoda. Gdy zjeżdżamy z gór, pada dość mocno. Wjeżdżamy w jakąś szarą smutną miejscowość o nazwie Cârlibaba i wtedy zauważamy po lewej bardzo ciekawą cerkiew. Szybka decyzja i parkuję.

Parasol w garść i trzeba to zobaczyć!

Oto Biserica Ortodoxă. Cały front ma wyrzeźbiony w drewnie. Dbałość o szczegóły robi wrażenie.

Cerkiew właśnie w tym momencie jest zamykana, więc nie chcemy się już wpraszać na siłę. Robimy kilka zdjęć, mały spacer i znikamy. (Po powrocie do domu znalazłam tę świątynię w internecie – Google pokazuje, że jej wnętrze jest niesamowite. A byliśmy tak blisko!)

Dziś naszym głównym celem są malowane cerkwie w regionie Bukowina południowa, bo jest to ewenement na skalę światową, podobnie jak Wesoły Cmentarz. Ale jest ich aż 12 (w tym 8 na liście UNESCO). Chcieliśmy zobaczyć cztery najważniejsze. Ostatecznie jednak, ze względu na odległości i ograniczenie czasowe, zostawiamy sobie dwie – Voroneț i Humor. Bo zawsze dobrze być przecież w humorze ;) A tak serio – są bardzo dobrze zachowane i możemy potraktować je jako doskonały przykład tamtejszej sztuki ozdabiania świątyń malowidłami z zewnątrz. Co ważne, są położone dość blisko siebie. A jak kiedyś będzie okazja, to zahaczymy o pozostałe dwie.

Klasztory, z których zrezygnowaliśmy, to Monastyr Mołdawica (Mănăstirea Moldovița) i Monastyr Suczawica (Mănăstirea Sucevița). Znajdują się one przy trasie 17A. Czyli trochę jednak nie po drodze, bo my musieliśmy już wkrótce odbijać na południe. Nie załapaliśmy się również na zwiedzanie polskich wsi (m.in. Nowy Sołoniec, Plesza, Kaczyka) czy kopalni soli Mina Cacica (Kaczyka), do której sprowadzono wiele lat temu polskich górników wraz z rodzinami. Jednak opinie w Google o tym obiekcie nie są najlepsze, więc nawet nie braliśmy go pod uwagę (wszyscy piszą o wszechobecnym intensywnym zapachu substancji do impregnacji drewna, trudnych warunkach, braku przewodnika i znacznie mniej efektownych widokach niż w innych kopalniach, więc chyba bardziej ze względów sentymentalnych można się tam udać). Może kiedyś. Z polecanych kopalni mam w pamięci jedną – Salina Turda, obok Kluż-Napoka (czyli daleko od naszej trasy) i jeśli będę w okolicy, koniecznie chcę się tam zatrzymać.

Jadąc drogą numer 17, dojeżdżamy do miejscowości Gura Humorului. Pół kilometra od wjazdu, tuż przed stacją MOL, skręcamy w prawo na Voroneț. Przejazd kolejowy, potem wąska i dość ruchliwa droga. Zostawiamy auto na płatnym parkingu i idziemy zobaczyć…

.

Monastyr Voroneț

.

Do celu udajemy się już na piechotę pomiędzy straganami z kolorowymi pamiątkami.

Można tu kupić zarówno ubrania lokalnego typu (koronka, naturalny materiał, biały kolor), jak i mnóstwo odpustowej jakości gadżetów.

Jeśli ktoś ma czas poszukać, to zdarzają się też bardzo ładne produkty.

Ogólnie można powiedzieć, że Rumuni jeżdżą w zasadzie takimi samochodami jak my, nie ma jakiejś drastycznej różnicy pod tym względem. Owszem, znajdą się często perełki takie jak ta poniżej – i to jest właśnie piękne, ta różnorodność. Natomiast z marek premium zdecydowanie dominuje tu Audi.

Na końcu uliczki znajdujemy wejście do ogrodzonego wysokim murem klasztoru. W kasie znajdującej się na wejściu kupujemy dwa bilety po 5 lei i pozwolenie na robienie zdjęć za 10 lei. Jak się jednak później okazuje, fotografowanie wnętrza cerkwi jest zabronione…

Wiadomo, że to z troski o freski z końca XV wieku znajdujące się na wewnętrznych ścianach świątyni. Robimy więc szybko kilka ujęć z zewnątrz, bo ewidentnie psuje nam się pogoda.

Szanując religijny charakter tego miejsca i konieczność dbania o zabytkowe malowidła, na czas wejścia do cerkwi chowam aparat. Czasem trzeba też odpuścić z innego powodu – skupianie się na robieniu zdjęć nie pozwala poczuć klimatu miejsca, poznać jego charakteru. Zresztą w środku i tak jest ciemno.

Patronem cerkwi jest święty Jerzy i w związku z tym 28 scen z jego życia znajdziemy w środku na jej ścianach. Możemy tu również zobaczyć wiele biblijnych postaci (w tym czterech Ewangelistów), a także fundatora świątyni – hospodara Stefana Wielkiego z makietą obiektu.

Natomiast malowidła zewnętrzne, w których dominujący jest kolor błękitny nazywany również „błękitem z Voroneț”, pochodzą z 1547 roku. Większość z nich jest doskonale zachowana, najpewniej za sprawą naturalnego składu farb (niestety do dziś nieznanego).

A tu, na zachodniej fasadzie, mamy 5-poziomową scenę Sądu Ostatecznego:

Cerkiew powstała w 1488 r. w zaledwie 111 dni, a w 1547 r. dobudowano jej przedsionek.

Dach jest dość płaski i ma poszerzone okapy, które chronią malowidła.

Cerkiew jest naprawdę piękna i warto było się nawet przeciskać przez jakąś niemiecką grupę turystów, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Ale mamy do odwiedzenia jeszcze jedno miejsce. Pora więc wracać na parking. A w trakcie spaceru oczywiście rzut oka na pamiątki:

i ciekawie zaaranżowane scenki przed sklepikami:

Ale to, co przykuło moją uwagę od samego początku, to oczywiście jedzenie.

Plăcintele to takie placki tradycyjne, które można kupić przygotowane na słodko lub na słono.

Mogą mieć w środku dżem czy czekoladę, ale równie dobrze możemy poprosić o takie z serem, mięsem, ziemniakami, pieczarkami i kapustą czy innym tego typu nadzieniem.

A ja… to chyba było do przewidzenia… wybieram wersję czekoladową. To znakomita przekąska, tym bardziej że obiad nam się już dość mocno odwlekał.

Dobra, jedziemy dalej. Wracamy do drogi numer 17 i następnie na rondzie skręcamy w lewo (drugi zjazd, droga 177). Niebieska tablica kieruje nas na Mănăstirea Humorului. Byłam tak zaaferowana szukaniem drogi, że nie załapałam o co chodziło w tamtejszej sygnalizacji świetlnej – migało na przemian światło żółte i zielona strzałka. Ktoś przede mną przejechał prosto. A i z naszego auta nikt garażu nie zrobił. Więc chyba dobrze :)

Tym razem celem jest…

Monastyr Humor

.

Oznaczenie samego zjazdu na parking przy cerkwi jest dość słabo zauważalne (niebieska tabliczka na słupie), ale mniej więcej można się domyślić, że to tu. Skręcamy w lewo, zostawiamy samochód, płacimy przemiłej starszej pani jakieś grosze za postój i gdzieś pomiędzy resztkami straganów przemykamy na zwiedzanie. Słońce co chwilę zachodzi za chmury.

Już za chwilkę zobaczymy, czym różni się ta świątynia od poprzedniej.

Wchodzimy przez wielką bramę. W sklepiku z pamiątkami siedzi siostra zakonna i sprzedaje bilety wstępu. Po wielu historycznych zawirowaniach, prawosławne mniszki wróciły tutaj ostatecznie w 1990 roku, czyli całkiem niedawno. Zastanawiamy się przed okienkiem, kto z nas ma drobne. A siostra nam podaje kwotę… po polsku. Totalne zaskoczenie, ale pomyślałam sobie, że pewnie dużo Polaków przyjeżdża i to tak z grzeczności. Przyznam, że nie miałam pojęcia, że polskie wsie znajdują się aż tak blisko… Do Pleszy były może ze 4 kilometry. Jakoś mi ten szczegół umknął w trakcie szybkich przygotowań. Coś tam słyszałam, coś gdzieś świtało, ale ostatecznie tego nie sprawdziłam, bo plan był wyjątkowo napięty. A tu proszę!

Wchodząc na teren klasztoru widzimy starszą siostrę w czarnym habicie, która idąc alejkami z kropidłem, święci wszelkie napotkane rośliny. Potem wchodzi w bramę i skrapia cały sklepik. No oryginalne, ale chyba działa, bo rosnące wokół róże są przepiękne ;)

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ta cerkiew – w odróżnieniu do tej w Voroneț – nie ma wieżyczki. A to dlatego, że inwestycja nie pochodziła z fundacji książęcej. Sam klasztor powstał już wcześniej – zapewne gdzieś z początku XV wieku. A jak podają źródła, w 1530 roku wielki kanclerz Teodor Bubuiog i jego żona Anastazja z pomocą księcia Piotra Rareșa wybudowali nową (czyli obecną) świątynię pw. Zaśnięcia Bogurodzicy obok ruin starej. W 1641 roku klasztor otoczono murami obronnymi z basztami.

Do dziś z tych murów przetrwała wolno stojąca wieża obronna pełniąca funkcję dzwonnicy. Podobno można na nią wejść, ale nie sprawdzaliśmy.

Cerkiew w Humorze powstała – tak jak ta w Voroneț – na tradycyjnym trójkonchowym planie (w dużym skrócie: nawa + trzy apsydy). Ale co ją wyróżnia, to otwarty od strony zachodniej przedsionek z arkadami – jeśli wierzyć Wikipedii, jest to pierwsze tego typu rozwiązanie na Bukowinie.

O ile w Voroneț mamy wyeksponowany na freskach błękit, tak tutaj dominuje kolor czerwony w różnych odcieniach.

Te malowidła są naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Można by tak spacerować i odkrywać kolejne przedstawione na nich sceny… Sąd Ostateczny w przedsionku, Matkę Boską z Dzieciątkiem nad wejściem, świętych mnichów na filarach… Ale dzień się powoli kończy, więc pora zarządzić odwrót.

Wracając na parking postanawiamy zobaczyć jeszcze nową cerkiew parafialną, która znajduje się w zasadzie tuż obok, za płotem.

W środku trwają przygotowania do ceremonii zaślubin, dlatego naprędce ogarniamy wzrokiem wnętrze, okrążamy budynek i pora zakończyć zwiedzanie.

Mamy teraz przed sobą niecałe 150 kilometrów drogi w okolice miejscowości Racova. Tam, miejmy nadzieję, oczekują nas w pensjonacie, który wybraliśmy. Słońce powoli zachodzi, kończy się dzień…

Szukając miejsca docelowego trochę kręcimy się po dziwnych uliczkach i ostatecznie trafiamy na jakieś ogródki działkowe. A przynajmniej tak to nocą wygląda. Na szczęście w ostatniej chwili widzimy budynek podobny do tego ze zdjęć. Jeszcze tylko przejechać przez drewnianą kładkę, znaleźć wjazd i chyba można szykować się do spania.

Tylko tam dziwnie jakoś…

Ale teraz już nie ma odwrotu. Przekraczamy więc bramę, której w zasadzie nie ma…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.