Rumunia samochodem

Wjeżdżając do każdego kolejnego kraju bałkańskiego możemy zauważyć różne style jazdy kierowców. Ten w Rumunii był chyba najbardziej przyjazny spośród wszystkich odwiedzonych przeze mnie tamtejszych państw. Zdziwieni? Ja taż byłam!

Na początku jest szok – wpadamy do kraju, w którym pozornie jeżdżenie to jakiś kosmos. Ale bardzo szybko okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda…

Kierowcy wszystko dobrze komunikują światłami. Migają z naprzeciwka informując o kontroli (czasem pokazują to ręką – u nas już dawno nie widziałam tego gestu) lub gdy za szybko jedziesz a po wiosce kręcą się ludzie. Wzorowo używają kierunkowskazów. Trzymają odpowiedni dystans, a gdy chcą wyprzedzać, podjeżdżają pod zderzak z włączonym kierunkowskazem i czekają na idealny moment. Jeśli jest taka możliwość, dobrze jest im ten manewr ułatwić. Na przykład prawym kierunkowskazem, gdy jest pusta droga przed nami (często tego używają), albo lekko przytulić się do prawej krawędzi jezdni, albo też w trakcie ich manewru trochę zmniejszyć prędkość, żeby wyprzedzający mógł się zmieścić przed jadącymi z naprzeciwka. Niby banalne rzeczy, a u nas mało kto już zwraca na to uwagę.

Nie zdarzyło się, żeby rumuński kierowca zatrąbił, że zawadzasz mu na drodze (tzn. jedziesz w miarę przepisowo lub wolniej) albo zezłościł się, że kogoś przepuszczasz. Chcą, to wyprzedzają – po prostu. Obojętnie czy na transfogarskich zakrętach, czy na linii ciągłej na drodze przez wieś. I zazwyczaj może to wyglądać dość szaleńczo, ale mam wrażenie, że oni jednak wiedzą co robią.

Nie ma żadnego problemu, żeby ktoś cię wpuścił na swój pas, szczególnie w mieście, gdy tych pasów jest mnóstwo a każde rondo wygląda inaczej. Niestety wystarczyło wjechać do naszych pseudo-cywilizowanych krajów, by zobaczyć różnicę w stylu „wyprzedzę i jeszcze mu zwolnię, po co będzie jechał przede mną”. W Rumunii tego nie ma – jest pełna kultura.

Często w miasteczkach gdy są dwa pasy w jednym kierunku, ten prawy służy jako nieoficjalny parking. Parkowanie przy samym skrzyżowaniu na takim pasie wcale tam nikogo nie dziwi. Ogólnie parkowanie w wielu innych dziwnych miejscach nie jest niczym specjalnym. Ale nie radzę próbować ;)

Na autostradzie pojazdy wjeżdżające z bocznych dróg mają tak długi pas dojazdowy z linią ciągłą, że zanim dotrą do przerywanej, już zdążą się rozpędzić na tyle, by nie spowalniać ruchu. Dlatego przy takich rozjazdach i wjazdach nie ma ograniczeń prędkości do 70 jak u nas, bo nie są potrzebne. Inna rzecz, że kierowcy faktycznie jadą do końca linii ciągłej, co w innych krajach (nie tylko bałkańskich) jest zazwyczaj tylko kodeksową teorią. Tam to działa całkiem nieźle.

Drogi są dość dobre. Jedynie po przekroczeniu granicy w węgiersko-rumuńskiej (Petea) trafiliśmy na odcinek strasznie podziurawionego asfaltu i później po przejechaniu Transalpiny już w okolicach Jeziora Oaşa trzeba było sprawnie kluczyć pomiędzy dziurami, a czasami wręcz szukać kawałka równej drogi pomiędzy kołami, co by auta mocno nie nadwyrężać.

Jeśli chcemy dość szczegółowo zaplanować sobie wyjazd i ewentualnie już zarezerwować noclegi (kilka polecanych również podam później, także pod kątem motocyklistów), to koniecznie trzeba wziąć pod uwagę, że czas przejazdu, jaki nam wyliczy GPS nigdy nie będzie faktycznie taki. Może być znacznie dłuższy. A dodajmy do tego jeszcze zwiedzanie, posiłki itp., to z krótkich, teoretycznie 5-6 godzinnych odcinków, robi nam się całodniowa wyprawa. Tym bardziej, że niemal wszystkie drogi w północnej części kraju są nieźle pokręcone i prędkość na tych zakrętach często nie będzie maksymalna.

Warto w czasie jazdy zerkać w nawigację, która pokazuje jak ostry jest zakręt. Zza skał czasem tego nie widać, a jechać „na wszelki wypadek” 40 km/h to taka trochę strata czasu przy zazwyczaj długich odcinkach jakie mamy do pokonania.

Trzeba wrzucić na luz i przestać się stresować tym, że ktoś jedzie szybciej czy wyprzedza. To nie Polska, że kogoś zdenerwujemy tym, że w ogóle jesteśmy na drodze. Ze strony rumuńskich kierowców ani raz nie doświadczyłam złośliwości czy agresji.

Wjeżdżając do czyjegoś „domu” (w sensie: kraju), należy dostosować się do jego zasad. Więc jak sobie pies spaceruje po drodze (częsty widok) albo krowy idą na wypas (zazwyczaj są to określone godziny rano i wieczorem), to przyjmijmy, że to one są u siebie a nie my. I po raz kolejny: wrzućmy na luz, bo to jest element kultury kraju, do którego przyjechaliśmy. Trąbienie jest niepotrzebne, naprawdę. Inna rzecz, że jesteśmy na wakacjach – po co więc stresować i siebie, i innych?

Rowerzyści i piesi jak tylko zauważą nadjeżdżający pojazd, nie mają problemu z tym, żeby zejść na pobocze lub zjechać do krawędzi jezdni – nawet ci trenujący na super-drogich rowerach, w obcisłych spodenkach i z „kalafiorem” na głowie. Natomiast na miejscowych trzeba uważać o tyle, że często w wioskach jeżdżą rowerami pod prąd. Nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe, ale bywa zaskakujące.

Fajnie zacząć zwiedzanie Rumunii od północnej części kraju, bo jest najbardziej „egzotyczna” i folklor jest tam mocno zauważalny. Na południu już właściwie jak u nas, tyle że 20 lat temu.

Wybierając się do Rumunii zazwyczaj planujemy przejechać dwie słynne malownicze trasy – Transfogarską (7C) i Transalpinę (67C). O szczegółach opowiem w kolejnych wpisach, ale już na początku przy planowaniu urlopu trzeba wziąć pod uwagę bardzo ważną kwestię – DN7C oraz DN67C to trasy otwierane sezonowo. Są położone wysoko w górach, podjazdy momentami są dość wymagające, szczególnie na tej drugiej od południowej strony. Dlatego Transfogarska co do zasady jest czynna od lipca do października, a Transalpina od czerwca do października. Czasami są już dostępne kilka dni wcześniej, ale to zależy od bieżących warunków pogodowych. A być w Rumunii i nie przejechać choć jednej z tych tras to jednak wielka szkoda.

Mała wskazówka: jeśli zimą zapragniemy usiąść przy kominku i zaplanować sobie przejazd przez Rumunię w Google Maps, pamiętajmy o przestawieniu daty na taką, kiedy DN7C i DN67C są już na pewno otwarte. W przeciwnym wypadku nie uda się poprowadzić trasy na mapie przez te drogi.

Podróżując po Rumunii miałam wrażenie, że panuje tam system, wedle którego zasadniczo kierowcy uważają na innych użytkowników drogi. Z kolei po wjeździe do Serbii już było podejście innych „to wy uważajcie na mnie”. Do tego mnóstwo trąbienia, niebezpieczne manewry i inne „przyjemności”. Co więcej, w Serbii większość oślepiała z naprzeciwka źle ustawionymi reflektorami, albo nocą jechała totalnie bez świateł. A ciągniki rolnicze to już w ogóle żadnych lampek tam chyba nigdy nie miały. W Czarnogórze również sporo agresji i trąbienia – czasami miałam wrażenie, że sygnałów dźwiękowych używają „na zapas”, bo na drodze nic się nie działo. Dlatego naprawdę żal było opuszczać Rumunię, bo taka kultura na drogach to przyjemność dla każdego kierowcy.

.

Oczywiście wiadomym jest, że będąc za granicą należy zachować na drodze nieco większą ostrożność, bo nieznajome tereny mogą nas nieźle zaskoczyć, a narobić sobie kłopotów związanych z kolizją wcale nie trudno. I nigdy nie wiadomo, czy nasz ubezpieczyciel nie zostawi nas w potrzebie (bywa i tak). Dlatego, by nie kusić losu, proponuję jechać w miarę przyzwoicie, zwracając uwagę na wszystkich dookoła oraz brać pod uwagę to, że oprócz oderwanych ze skały kamieni, na drodze może się nawet pojawić niedźwiedź. Bo może – jest u siebie przecież :)

.

Parę ważnych kwestii związanych z podróżowaniem:

.

W Rumunii przestawiamy zegarki o godzinę do przodu. Niby drobna rzecz, a można się zdziwić ;)

Rezerwując nocleg sprawdźmy godziny zameldowania. Bywa, że gdzieś trzeba dotrzeć do 17:00, a gdzieś indziej do 23:00.

Chcąc przejechać przez kraj na spokojnie, gdzieś się zatrzymać na jedzenie i coś zwiedzić, warto podzielić sobie podróż na 200-, maksymalnie 300-kilometrowe odcinki. Wydaje się niewiele, ale porywanie się na więcej to moim zdaniem niepotrzebna gonitwa. No chyba że ktoś jedzie tylko po to, żeby być cały czas w trasie, jego sprawa. Ale są takie miejsca, że 250 km robi się nawet w 6 godzin. Plus przystanki, plus zwiedzanie, plus jedzenie. Dlatego jest jeszcze jedno wyjście, doskonale znane motocyklistom: jechać na żywioł i rezerwować na bieżąco. Internet w roamingu działał mi w Rumunii bez zarzutu, zasięg również miałam bez problemu – nie ma więc przeszkód, by odpalić któryś z portali rezerwacyjnych i wyszukać nocleg. W przedziale cenowym 130-220 zł można znaleźć bardzo przyzwoitą miejscówkę, nawet ze śniadaniem. Czysto i na poziomie. Ale niektóre hotele ze SPA też są w fajnych cenach. O tym wszystkim również jeszcze wspomnę.

Podróżując po Rumunii (a także jadąc przez Słowację i Węgry), musimy zakupić WINIETY. W tych krajach działa system elektroniczny, więc wystarczy przez Internet zamówić, zapłacić i otrzymamy maila z potwierdzeniem (obowiązuje na konkretny wskazany przez nas pojazd). Nie trzeba sobie brudzić szyb naklejkami, tylko ewentualnie wydrukować dokument i mieć go przy sobie w razie kontroli. Kamery sobie czytają po drodze numer rejestracyjny i system sprawdza, czy nasz pojazd się w nim znajduje. Proste i dobre rozwiązanie.

My zakupiliśmy na samochód 30-dniowe winiety, ponieważ wyjazd na „bałkański trip” wstępnie przewidywaliśmy na ponad dwa tygodnie. Z czego ostatnie dni nie były zaplanowane w ogóle i nie wiedzieliśmy gdzie nas poniesie.

Na Słowację opłata wyniosła nas 14 euro (www.eznamka.sk) – czyli ok. 61 zł; 10-dniowa kosztuje 10 euro, a motocykliści nie płacą.

Na Węgry: 4780 Forintów – czyli ok. 62 zł; 10-dniowa kosztuje 3500 HUF; na motocykl 2500 HUF miesięczna i 1470 HUF na 10 dni.

Na Rumunię: 7 euro = ok. 33 Lei (roviniete.ro) – czyli ok. 30 zł; 7-dniowa kosztuje 3 euro = ok. 14 Lei.

Cała nasza podróż do Rumunii (od wyjazdu ze Śląska aż po granicę z Serbią, przez którą opuszczaliśmy Rumunię kilka dni później) to 2 tysiące kilometrów w samochodzie. W pogodę i niepogodę (jak to u nas), niezależnie od samopoczucia (dużo by opowiadać) czy pory dnia (bywało różnie)…

.

Czy warto było?

O tym już następnym razem.

4 thoughts on “Rumunia samochodem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.