Kino bez limitu – „Bohemian Rhapsody” (2018)

Dziś jest idealny dzień, by napisać o tym filmie. Dlaczego?

Równo 27 lat temu świat stracił jednego z najlepszych i najbardziej charakterystycznych muzyków wszech czasów. Dokładnie 24 listopada 1991 roku na zapalenie płuc związane z AIDS zmarł Freddie Mercury, wokalista zespołu Queen.

Freddie urodził się w Zanzibarze 5 września 1946 r. jako Farrokh Bulsara. Wraz z rodziną zamieszkał w Wielkiej Brytanii, a później zmienił imię i nazwisko. Jego głos miał 4 oktawy (naturalnie baryton, choć śpiewał tenorem), z wiekiem się obniżał. Podobno nigdy nie uczył się śpiewu. Grał głównie na instrumentach klawiszowych, choć zdarzało mu się również poruszyć gitarowe struny czy zagrać na perkusji. W 1970 r. w Londynie zaczął występować z zespołem Smile, który następnie przekształcił w Queen, stworzył mu logo i poszli razem w świat… Don’t stop me now! Cause I’m having a good time…

.

Tej jesieni w kinach pojawił się film, którego tytuł jest tożsamy z tytułem jednego z największych hitów zespołu Queen – „Bohemian Rhapsody”. To słynna ballada rockowa, której autorem był Freddie Mercury.

.

Kilka ciekawostek o samym utworze

.

  • po ukończeniu produkcji był najdroższym i jednym z najbardziej złożonych utworów w historii muzyki popularnej;
  • był wynikiem fascynacji Mercury’ego operą;
  • został nagrany w 3 tygodnie;
  • Brian May, Mercury i Roger Taylor śpiewali swoje partie wokalne przez kilka dni po 12 godzin dziennie, uzyskując 200 osobnych ścieżek;
  • ówczesne możliwości techniczne pozwalały na 24-ścieżkowy analogowy zapis na taśmie magnetycznej i konieczne było, by May, Mercury i Taylor wielokrotnie dogrywali swoje partie do wcześniej nagranych ścieżek;
  • do nagrania użyto taśm ósmej generacji, które pod koniec nagrań stały się niemal całkowicie przezroczyste;
  • kiedy Mercury chciał wydać singel w 1975, wytwórnia płytowa sugerowała, że utwór trwający 5 minut i 55 sekund jest zbyt długi, by móc zostać hitem;
  • znaczenie tekstu było obiektem wielu spekulacji i teorii. Jednak gdy w 2000 roku zespół Queen wydawał w Iranie kasetę ze swoimi największymi przebojami (Greatest Hits), do albumu dołączono książkę z tłumaczeniem wszystkich tekstów na język perski i objaśnieniami ich znaczenia;
  • z powodu wielościeżkowego nagrania zaśpiewanie całego utworu na żywo było niewykonalne;
  • jest to jedyny singel sprzedany w liczbie ponad miliona egzemplarzy w dwóch różnych momentach oraz który dwukrotnie osiągnął status UK Christmas Number 1.
/źródło: Wikipedia/

.

A teraz dwa zdania o filmie

.

.

Na film czekałam już od jakiegoś czasu, chciałam pójść do kina już w dniu premiery, ale nie wyszło. Kilka dni później, korzystając z abonamentu w Cinema, wreszcie go obejrzałam.

I byłam pod wrażeniem.

Nie byłam nigdy aż taką fanką Queen, żeby wczytywać się w biografie czy oglądać wywiady na YouTube. Znałam oczywiście zespół (kto go nie znał?), lubiłam ich piosenki, bardzo mi się podobało to, że ich największe hity były oryginalne, ciekawie zrobione i wręcz fascynujące. Ale po wyjściu z kina poczułam mocny impuls do zapoznania się ze szczegółami dotyczącymi zarówno samego Freddiego, jak i historii jego zespołu. Już po powrocie do domu nie mogłam się powstrzymać przed obejrzeniem archiwalnego nagrania z występu Queen z 1985 roku na koncercie Live Aid… Jeśli ktoś zobaczył już film (a mam nadzieję, że większość to zrobiła), to będzie wiedział, o czym mówię… Podobieństwo scen z filmu i tych rzeczywistych jest ogromne. Świetnym pomysłem tu było zastosowanie klamry kompozycyjnej – bardzo lubię ten zabieg. I przy okazji wielki plus dla aktora – Rami Malek zagrał Freddiego fenomenalnie. A panowie z zespołu też są niezwykle podobni do pierwowzorów.

.

.

Mówią, że film traktuje pewne sytuacje bardzo delikatnie, a niektóre pobieżnie. To fakt, bo w sieci można znaleźć parę mocniejszych rzeczy na temat głównego bohatera. Myślę jednak, że dobór scen był idealnie wyważony, aby: 1) zainteresować tych, którzy czasem posłuchają Queen, gdy radio im zapoda w drodze do pracy jeden z popularnych utworów, 2) zbudować swego rodzaju pomnik zespołu w sercach tych, którzy mają do niego większy sentyment i chcą Freddiego zapamiętać jak najlepiej oraz 3) nie rozdrapywać kwestii, które teraz już nie mają znaczenia. Pewne rzeczy czasem powinny pozostać niedopowiedziane.

.

Może replay?

.

Tak sobie pomyślałam, że chętnie bym obejrzała ten film ponownie. A właściwie posłuchała go w lepszej technologii. Tak się złożyło, że niedawno Helios otworzył kolejne kino i miałam okazję pójść na „Planetę singli 2” do sali Dream. Jest to kameralna sala z wygodnymi skórzanymi fotelami (niektóre są podwójne), gdzie można w półleżącej pozycji oglądać najnowsze produkcje. A otacza nas dźwięk w technologii Dolby Atmos i ogólnie jest miło i nowocześnie (cena w dni promocyjne: 19 zł, a normalnie 31 zł). Dla porównania sala VIP Cinema-City z tego rodzaju fotelami to 67 zł, choć tam akurat w cenie jest również jakieś jedzenie.

Co tu dużo mówić… mnie wiele nie trzeba – wystarczyło zwykłe „idziesz?” i następnego dnia wieczorem byłam już na Bohemian Rhapsody po raz drugi. Tym razem w sali Dream, oczywiście. Niestety Helios niepotrzebnie pozwala na samą rezerwację miejsc na tej sali, bo ludzie klikają i potem nie przychodzą. Gdyby była ona objęta w całości obowiązkiem wykupienia biletu już przy rezerwacji (Cinema tak blokuje zazwyczaj ostatnie rzędy), to nie musielibyśmy kupować biletu na miejsca w pierwszym rzędzie. Naiwnie miałam nadzieję, że przecież nie można aż tak źle umieścić siedzeń, żeby nic nie było widać. Można. W pierwszym rzędzie nawet po rozłożeniu fotela, oglądanie filmu pod samym ekranem, w dodatku wysoko zawieszonym, jest męką. Masakrą. Tragedią. A wszystko w tej samej cenie biletu. Na szczęście udało mi się podpytać obsługę kina o pewne możliwości i zanim się film zaczął, my już siedzieliśmy w ostatnim rzędzie na podwójnej kanapie. A potem…

hmm… zostałam pochłonięta przez film i oczarowana nim po raz drugi. Podobno IMAX ma ten dźwięk jeszcze lepszy i gdyby nadal tam grali Bohemian, to z pewnością bym poszła (w ramach abonamentu z niewielką dopłatą). Bo fajnie tego po prostu posłuchać, a i historia ciekawa. Niebanalna – jak sam bohater. Nieczęsto mi się zdarza, żebym jakiś film z ostatnich lat miała ochotę oglądać kilka razy i pomimo abonamentu kinowego, który nie limituje mi wejść, jeszcze nie skorzystałam z możliwości powtórki któregoś z seansów.

A tu nawet wspomnienia mi się przyplątały…

.

.

Szwajcarskie klimaty

.

W 2010 roku miałam okazję odbyć bardzo piękną, ale i niezwykle intensywną podróż do Szwajcarii, gdzie niemal każdy dzień był wypełniony zwiedzaniem po brzegi, abyśmy mogli zobaczyć jak najwięcej, a wieczorny odpoczynek przy górskich jeziorach był naprawdę niezbędnym wytchnieniem. Ostatnio coraz częściej myślę o leniwym powrocie w tamte strony i gdy zobaczyłam film Bohemian Rhapsody, od razu przypomniała mi się wizyta w Montreux, gdzie Freddie podobno spędzał wiele czasu. Zespół Queen nagrywał tam w swoim Mountain Studios. Wokalista mieszkał wtedy w domu położonym nad Jeziorem Genewskim. Pod koniec życia kupił w Montreux apartament na dachu budynku La Tourelle, ale nie zdążył go urządzić.

 

 

Pogoda w Montreux była w czasie mojego pobytu dość kiepska, co widać na zdjęciach (są w większości bez poprawek). To był jeden z ostatnich dni w Szwajcarii i już niestety słońce nie wyszło do końca wyjazdu. Ale niezwykłe wspomnienia pozostały i pomimo upływu lat mam nadal te wszystkie wspaniałe miejsca przed oczami.

.

Żadna to recenzja…

.

W sumie to wam nic konkretnego nie napisałam o tym filmie. Nie zrobiłam głębokiej analizy, nie rozłożyłam go na czynniki pierwsze, nie szukam na siłę argumentów. Ale myślę, że nie muszę.

A jeśli zwiastun was nie przekonał ani mój zachwyt, to nie wiem… może włączcie sobie to?

.

.

Albo coś, co z pewnością każdorazowo topiłoby moje lodowate serce, gdybym je w ogóle miała:

.

.

Te wszystkie nagrania pokazują, jaki Freddie miał świetny kontakt z publicznością i jak potrafił porwać tłumy. Fajnie się na to patrzy. I jeśli dodać do tego niezwykle wysoki poziom samych utworów, wychodzi nam z tego fenomen i legenda.

.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.