Słowacja – Ścieżka w koronach drzew Bachledka

Chodník korunami stromov znajduje się tuż za miejscowością Ždiar w Bachledovej Dolinie. Ma 1234 metry długości, opiera się na 75 filarach a z 32-metrowej wieży znajdującej się na końcu ścieżki widać Tatry i Pieniny. Jeśli pogoda dopisze, wrażenia są naprawdę warte tego długiego spaceru pod górę, nierzadko w błocie (bo na chwilę obecną kolejka nie działa).

Pomysł na wypad w tamte strony chodził za mną już od końca zeszłego roku, kiedy to trafiłam na artykuł o otwarciu tego wyjątkowego chodnika biegnącego wśród drzew na wysokości 24 metrów nad ziemią. Ale jakoś zawsze coś innego było do zrobienia, więc dopiero kilka dni temu okazało się, że mam wolniejszą sobotę, parę innych osób również, i tak zrodził się wspólny plan, by pojechać na Słowację.

Po wstępnej selekcji zostało mi 100 zdjęć. Po drugiej 54. I choć chciałabym Wam to wszystko pokazać, to jednak bardzo się starałam ograniczyć tę liczbę jeszcze o połowę… Ostatecznie wrzucam ok. 30 sztuk. Niestety ciężko trafić na moment, kiedy szlak jest pusty, dlatego ktoś tam się zawsze kręci w kadrze ;)

Do samej Bukowiny Tatrzańskiej udało nam się śmignąć w 3 godziny, zaskakująco sprawnie jak na sobotę i porę dnia. W Bukowinie na rondzie zjechaliśmy na Jurgów i w zasadzie parę minut po przekroczeniu granicy wjeżdżaliśmy już do Ždiaru. Tę miejscowość trzeba przejechać i następnie skręcić ostro w lewo pod górę, jak pokazuje drogowskaz. Po kilkuset metrach zaczynają się parkingi, panowie kierują ruchem bardzo sprawnie. Zaparkowaliśmy za 5 euro w wyznaczonych krzakach (tam na miejscu dopiero się wszystko rozwija), zrobiliśmy sobie mały piknik na klapie bagażnika (jedna z niewielu zalet sedana) i posileni wyruszyliśmy przed siebie.

/źródło: maps.google.pl/

Do Chodnika prowadzi szlak o długości ok. 1600 metrów, głównie lasem. Polecam zabrać ciuchy na przebranie i zostawić je sobie awaryjnie w aucie, bo momentami jest dość stromo i błotniście. Na szczęście udało mi się przejść tę drogę w obie strony bez wywrotki (ale, ale! to nie oznacza od razu, że człowiek-wypadek znów czegoś nie narobił). No i buty trzeba mieć odpowiednie, choć to chyba oczywiste.

Wszystko jest bardzo dobrze oznaczone. Ruszamy!

Początek trasy wygląda tak:

Potem już droga jest bardziej wymagająca…

 

Oj dawno nie chodziłam po górach! Tempo całej ekipy mnie nieźle zmasakrowało (tym bardziej, że jedna z osób ma za sobą Camino de Santiago), ale dałam radę. Mieliśmy z początku piękną pogodę, która niestety nie ułatwiała spaceru. Za to zdjęcia dzięki temu wyszły całkiem nieźle.

A na górze…

Można tu znaleźć lokale gastronomiczne i bezpłatne WC. Kilka dodatkowych atrakcji jest nadal w fazie przygotowania (można o tym poczytać na stronie chodnikkorunamistromov.sk/pl/ i przy okazji poprawić sobie humor umiejętnościami tłumacza;)). Powstaje tu także stacja kolejki linowej, którą można będzie wjechać z dołu.

Kasa, w której kupimy bilety, znajduje się na samym wejściu:

Wstęp na drewnianą ścieżkę kosztuje 9 euro dla osoby dorosłej.

Możemy na początku spaceru zapoznać się z opisem i ciekawostkami – dostępne są ulotki i informacje w języku polskim.

No i teraz to, na co wszyscy czekają… Ta daaam!

I tak sobie wędrujemy lekko pod górę, a naszym celem jest wieża widokowa z siatką adrenalinową…

W międzyczasie mamy możliwość nieco zboczyć z drogi:

Wszystko na szczęście zabezpieczone jest siatką i o ile nie patrzy się w dół, to jest fajnie ;)

Oprócz małych tarasów widokowych, gdzieniegdzie pojawiają się również elementy edukacyjne:

A rozglądając się wokół możemy podziwiać Tatry…

Ale idźmy dalej:

I oto mamy nasz cel – 32-metrową wieżę:

Wchodząc zaglądamy do środka konstrukcji:

Ta widoczna na pierwszym planie rura to sucha zjeżdżalnia. Niestety obecnie nieczynna. Choć może i dobrze, że nie miałam możliwości sprawdzić, czy się w niej nie zaklinuję ;)

Wędrując do góry oglądamy z ciekawością wszystko wokół. A im wyżej, tym piękniej…

 

Ha! Jesteśmy na szczycie. Teraz, żeby nie ominęła mnie jedna z największych atrakcji tego miejsca, trzeba przezwyciężyć swój lęk wysokości i wejść na tę siatkę…

Jak widać, dzieci nie mają z tym problemu. W takich chwilach żałuję, że już jestem taka stara.

Wdech, wydech, nie patrz w dół. Nie patrz w dół! Cholera…

Jak to śpiewała Budka Suflera: „Największa rzecz – swego strachu mur obalić” (Cień wielkiej góry). Co oczywiście nie oznacza, że mi całkiem przeszło.

Rozglądamy się jeszcze trochę wokół i schodzimy z wieży tą samą drogą. Wracamy chodnikiem do punktu początkowego.

Ostatnie spojrzenie na ścieżkę…

Potem jeszcze tylko małe piwko (a dla kierowcy Kofola) i pora ruszać z powrotem, bo na niebo napłynęły czarne chmury i zaczynał już trochę kropić deszcz. Żeby nam się szlak już całkowicie nie rozmoczył przez coraz większą ulewę, zaczęliśmy szybko schodzić.

W międzyczasie na niebie pojawiały się błyski, a zza drzew słychać było grzmoty. Ja oczywiście bez jakiejkolwiek ochrony przeciwdeszczowej trochę przemokłam, ale kto by się tym przejmował. Fajna przygoda :)

A na dole już nie padało…

Postanowiliśmy jechać do domu inną drogą, przez Starą Wieś Spiską wprost na Niedzicę Zamek, by zobaczyć, co słychać w Pieninach. Tam też, podobnie jak na Słowacji, dawno mnie nie było. Niestety pogoda się popsuła na dobre, ale jak już zapłaciliśmy te 12 złotych za parking przy zamku, to trzeba było chociaż sobie zrobić mały spacer. Najlepiej połączony z obiadem.

W międzyczasie z daleka zauważyłam, że mój samochód stał się obiektem zainteresowania zagranicznej wycieczki. Oblężył go tłum, więc zapytałam o co chodzi… Jak się okazało, panowie nie znali tego modelu w wersji po ostatnim liftingu (przypuszczam, że u nich wygląda on trochę inaczej i ma inną nazwę). Nawiązała się pogawędka na ten temat. No nic dziwnego, że im się podobało, bo ta starsza wersja jest koszmarnie brzydka ;)

A potem jeszcze rzut oka na burzowy klimat nad Jeziorem Czorsztyńskim i wracamy.

Ale na sam koniec moi towarzysze mieli niezły ubaw, bo oto okazało się, że jestem całkiem utalentowanym człowiekiem – potrafię opalić sobie (spalić wręcz) dłonie chodząc po lesie, do tego w średnią pogodę. No, twarz oczywiście też. I to na tyle, że teraz wypada mi wyjść z domu jedynie w kasku. O rękach nie wspomnę…

Widocznie to zagraniczne słońce kocha tylko mnie.

A ja przez to z rozsądku „kocham” Panthenol… ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.