Zima na Fuerteventurze – część 1/3

Jak wyglądają Wyspy Kanaryjskie zimą? Czy jest to dobre miejsce, by wygrzać się, gdy w naszej polskiej rzeczywistości rano skrobie się szyby i odśnieża podjazd do garażu, a w weekendy na nogi zapina się narty?

.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że jest zima, to musi być zimno.

.

A przecież nie musi. Z kolei my nie musimy robić zawsze tego, co jest ogólnie przyjęte, tylko dlatego, że tak robią wszyscy.

Dla mnie wyjazd na Fuerteventurę w środku stycznia był czymś nowym, bo jednak zawsze zimą ciągnęło mnie na narty. Lecąc nad pięknymi Alpami gdzieś tam poczułam małe ukłucie w serduszku, bo jednak bardzo bym chciała pośmigać po cudownych białych stokach, mając wokół siebie piękną górską panoramę.

Lot trwał niecałe 5 godzin. Poza tym, że zawsze w samolotowej toalecie zaskakują mnie albo turbulencje, albo nagłe zakręty, związane z dość gwałtownym przechylaniem się samolotu, było całkiem fajnie, nikt nie umarł. Nie mam problemu, żeby spędzić cały lot z ulubioną muzyką w uszach i gapiąc się w okno albo w czytnik książek, ewentualnie śpiąc. Mimo że za lataniem nie przepadam. Może właśnie dlatego nie mam potrzeby mówienia wtedy, choć zazwyczaj mówię całkiem niemało.

Na marginesie tylko wspomnę, że nadal niezmiennie fascynuje mnie, dlaczego w tak długą podróż zabiera się niemowlaki, które zwyczajnie się męczą (a wraz z nimi rodzice i cały samolot), podczas gdy przecież można by zaczekać trochę aż maluch podrośnie, a na razie wybrać krótszy lot – jest tyle możliwości… Ale może zostawię ten temat bez szerszego komentarza. Wspomnę tylko o jednej kwestii – gdy weszłam na pokład okazało się, że ktoś już zajął moje miejsce i wygodnie się rozsiadł. Pani powiedziała, że ona chce tu siedzieć, bo przy oknie. Problem jest taki, że po pierwsze nawet nie przeprosiła, nie zapytała czy może, w dodatku nie zamierzała zwolnić mi fotela, a po drugie, ja zawsze specjalnie zwracam się do obsługi na lotnisku z prośbą o miejsce przy oknie, bo to mi ułatwia znoszenie lotu, więc go nie oddam. Na szczęście niezwykle przystojny członek personelu pokładowego przyszedł z pomocą, bo nie chciałam toczyć awantur. I teraz taka rada na przyszłość – oddając walizki wystarczy poprosić o miejsce przy oknie lub przy wyjściu ewakuacyjnym (jest więcej miejsca na nogi, choć kosztem widoków, bo na skrzydle). Jeszcze nigdy nikt mi nie odmówił, a latam już ponad pół życia. Natomiast siadanie na przypadkowych miejscach jak w miejskim autobusie i jeszcze wykłócanie się o to, jest po prostu niegrzeczne. Cóż, ludzie. Właśnie jechałam trochę od nich odpocząć…

Na lotnisku w Puerto del Rosario już buźka się cieszyła, bo przywitało nas bardzo przyjemne słońce. Ale i niestety silny wiatr, który utrzymywał się jeszcze przez najbliższe dwa dni. Było to nieco uciążliwe, bo po pierwsze temperatura odczuwalna była znacznie niższa (na termometrze: 21-22 stopnie), nie dało się za bardzo spacerować, bo urywało głowę, a ponadto na te dni ogłoszono „stan jakiśtam”, bo aż tak to u nich dawno nie wiało. Wiadomo, w końcu my przyjechaliśmy. Dwa chodzące kataklizmy. Gdyby dodać do tego jeszcze mżawkę drugiego dnia i nocną ulewę, po której na szczęście wszystko się uspokoiło, to za niedługo do żadnego kraju nas nie wpuszczą…

/źródło: maps.google.pl/

 

Podróż na południe do hotelu trwała niecałe dwie godziny, podczas których podziwialiśmy piękne widoki…

No niestety, sama wyspa do najpiękniejszych nie należy. Ładnie jest dopiero tam, gdzie są hotele i turystyczna zabudowa. Albo na plaży w Cofete, ale to już w kolejnym wpisie za kilka dni. Wracając jednakże do tematu… Oglądając te zapierające dech w piersiach przydrożne widoki miałam daleko idące przypuszczenia, że miejscowość Morro Jable mogła wziąć swoją nazwę od hiszpańskiego czasownika morir (umierać), pomimo całkiem innej odmiany, bo wokół jakby wszystko umarło. Ale w poszczególnych miejscowościach turystycznych już było całkiem uroczo. Bo zielono. A ja kocham zieleń.

Zatrzymywaliśmy się – jakże bezpiecznie – na rondach i pozbywaliśmy się z autokaru kolejnych podekscytowanych „Sebixów” z „Karynami”, albo wjeżdżaliśmy tyłem na milimetry w wąskie podjazdy hotelowe, pomiędzy ludźmi i samochodami. Wielki szacun dla kierowcy, bo to było po prostu zdumiewające. Ja to zawsze wielbię i podziwiam, z chęcią sama bym spróbowała pokręcić się trochę takim autobusem („uważaj o czym marzysz, bo może się to spełnić…”).

Samo Morro Jable okazało się całkiem przyjemnym miasteczkiem, ale o tym później. Nasz hotel położony był w samym sercu stale nawadnianych pól golfowych. Dzięki temu wokół było naprawdę ładnie, wręcz malowniczo. Miał dwa duże baseny położone na różnych wysokościach. Niestety kąpiel wymagała nie lada odwagi, ze względu na temperaturę (woda w oceanie była cieplejsza). Ale już opalanie się na leżaku było jak najbardziej możliwe i hmm… bardzo skuteczne.

Hotel był cichy i spokojny, trochę przypominał niemieckie sanatorium geriatryczne. To akurat jest duży plus, gdy chce się odpocząć od zgiełku. Co prawda, nie do końca zasłużył na te swoje 4 gwiazdki, ale przynajmniej wszędzie było czysto i schludnie, a prawie 70-metrowy apartament – z tarasem, dwiema sypialniami, dwiema łazienkami, kuchnią i obszernym salonem z częścią jadalną – choć dla dwóch osób troszkę za duży, to jednak rekompensował inne niedociągnięcia. No i jedzenie było spoko, a sangria lała się z dystrybutorów ile dusza zapragnie… czego chcieć więcej na wakacjach? ;)

To, że do plaży były jakieś 3 kilometry nie miało właściwie znaczenia. Lubię spacerować, a w razie zmęczenia zawsze można było się wspomóc busikiem hotelowym. Ale za pierwszym razem, mimo że „trochę” wiało:

…postanowiliśmy odwiedzić miasteczko pieszo. Dlatego tuż po śniadaniu, zaopatrzeni w niezbędny ekwipunek, wybraliśmy się na wędrówkę:

Raz nawet poszłam na rondzie prosto (dosłownie), co oczywiście skrupulatnie odnotowała aplikacja Endomondo. Ale co tam. Zastanawiałam się nawet, jak by to było zrobić to autem, więc dobrze, że nie miałam żadnego pod ręką… w sumie nigdy też nie jechałam na rondzie pod prąd. Byłby to niewątpliwie ciekawy eksperyment. Ale mam nadzieję, że nie rozbudziłam nadto waszej ciekawości w tej kwestii i nie będziecie próbować robić tego w domu. /Na swoje usprawiedliwienie dodam, że niniejszy akapit napisał za mnie chorwacki likier wiśniowy domowej roboty, przywieziony z Rakovicy./

Caaaałe rondo tylko dla mnie!

Po drodze towarzyszyły nam zielone pola golfowe:

Oczywiście następnego dnia okazało się, że do miasta prowadzi również druga droga, krótsza o kilometr, ale trochę mniej atrakcyjna widokowo.

Po dotarciu do cywilizacji (czyt. w okolice miasteczka Morro Jable), naszym oczom ukazało się parę ciekawych rzeczy:

  • po pierwsze – wszechobecne wiewiórki berberyjskie. Takie trochę miejscowe – przepraszam – szczury, które z rąk turystom wyrywają orzeszki. Fajne to maleństwo nawet, ale trochę nieprzewidywalne.

Jak tylko widziały, że nic dla nich nie mamy, uciekały, albo robiły focha…

  • po drugie – autentyczny szkielet wieloryba:

  • po trzecie  – wydmy okresowo zalewane słoną oceaniczną wodą:

Z powodu ochrony tych pól, przy samej plaży nie stoją hotele, jak to zazwyczaj bywa w innych miejscowościach turystycznych na wyspie.

Niestety tamtego dnia nie byliśmy przygotowani na przeprawę przez rozlewisko, by dostać się do plaży, a woda nie chciała się cudownie rozstąpić, dlatego musieliśmy poszukać innego wejścia. Ale to już innego dnia i nawet dobrze wyszło, bo później zaczęło się już robić znacznie cieplej (23-26 stopni) i nie było problemów z zanurzeniem kawałka ciała w oceanie.

  • wreszcie – po czwarte – latarnia morska:

 

Po drugiej stronie ulicy, naprzeciw latarni, były kawiarnie i sklepy z ciuchami oraz jakże gustownymi pamiątkami…

Co prawda, chciałam przywieźć ze sobą fajny otwieracz, który by nam się w pracy przydał do butelek coca-coli i soków, ale wobec takiej bogatej oferty zaniechałam jakichkolwiek poszukiwań w tym względzie. Nie miałam bowiem pojęcia, jaki rozmiar byłby tu odpowiedni. Próbowałam też znaleźć w Internecie uzasadnienie dla tego rodzaju pamiątki z Fuerteventury, ale jakoś nikt nie dopatrzył się w tym głębszego sensu…

Gdzieś pomiędzy sklepikami znalazłam całkiem fajną wypożyczalnię różnego rodzaju pojazdów, w tym także i motocykli. Do wyboru miałam dwa modele – Hondę Varadero 125 i Keeway tx 125. No nie ukrywam, że moją uwagę przyciągnął ten drugi – znacznie lżejszy enduro. Rękawice i kominiarka przyjechały ze mną w walizce, więc postanowiłam wypożyczyć sobie na jeden dzień takie fajne moto jak tylko przestanie wiać wiatr. Niestety plany się trochę popsuły, bo przełożono nam wycieczkę na Cofete, a w międzyczasie spaliłam ramiona na tyle, że żadnej ciężkiej kurtki bym na siebie nie dała rady założyć… :(

.

Wróćmy jednakże do podziwiania widoków, bo teraz będą coraz lepsze!

Ze względu na to, że mam dla Was jeszcze sporo fotek, ujęcia z plaży wrzucę w kolejnej notce – zapraszam do dalszego oglądania pod tym linkiem:

http://zapomnij.com/2018/02/zima-na-fuerteventurze-czesc-2/

.‎

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *