Zielona Slovenija – Portorož i Piran (cz. 1)

Do odwiedzenia Słowenii zachęcano mnie od dawna. Nic dziwnego więc, że przy nadarzającej się okazji postanowiłam spędzić tam kilka dni urlopu.

Słowenia to kraj, gdzie rzeka Kupa jest jedną z najczystszych. A tak serio – wjeżdżamy i jest zielono! Krętą drogą przez góry dojeżdżamy do przygranicznej budki, gdzie strażnik leniwie przyglądając się naszym paszportom, odczytuje na głos nasze imiona. A dalej już witają nas lasy, góry, cisza, spokój. Celem było wybrzeże, które w Słowenii ma zaledwie 46,6 km. A dokładniej miejscowość Portorož – kurort pełen kasyn i drogich hoteli, ale również miejsce, gdzie panuje swego rodzaju specyficzny klimat. Trochę włoski, ale jednak spokojniej. Trochę chorwacki, ale jakby więcej przestrzeni. Trochę PRL-owy, ale jednak nowoczesny. A trochę unikalny, słoweński. Czułam się tam naprawdę dobrze i – co ważne – bezpiecznie.

Z samego serca Śląska na słoweńskie wybrzeże jedzie się autem jakieś 9 godzin. To w zasadzie tak, jak nad nasze zimne i brudne morze, gdy trzeba stać w korku pod Częstochową. A o ile wrażenia są lepsze! Nie ma nawet porównania. No, niestety ceny też trzymają pewien poziom, a płaci się w euro. Za to wszędzie można zaparkować samochód, co krok są szerokie parkingi – w porównaniu do Chorwacji, różnica jest widoczna od razu.

Słowenia przywitała nas deszczem, a jakże! Pożegnała natomiast pięknym słońcem. To jest kolejne miejsce, w którym chciałabym spędzić następny urlop. Ale chęci tyle, a urlopu tak mało… ;)

Miałam ogromną ochotę przeleżeć tam któreś popołudnie na piaszczystej plaży pod parasolem, czytając książkę i z wolna sącząc kolorowego drinka. Plany troszkę nam pokrzyżowała pogoda, ale dzięki temu, że przez większość czasu niebo było zachmurzone, trochę pozwiedzaliśmy.

Już następnego dnia po przyjeździe poszliśmy na długi – w sumie 13-kilometrowy – spacer wybrzeżem do sąsiedniego miasteczka Piran i z powrotem, a wieczorami mogliśmy oglądać piękne zachody słońca. W następnych dniach mieliśmy również okazję zobaczyć jedną z najbardziej malowniczych jaskiń w Europie, a – zgodnie z danymi – najdłuższą w Słowenii (ok. 20 km), o nazwie Postojnska jama.

Nie brakowało ani okazji do wypoczynku, ani możliwości uzupełnienia deficytu snu, ani też czasu, by bez problemu przez ponad godzinę delektować się pysznym śniadaniem w hotelowej restauracji. To była wspaniała odskocznia od codzienności.

[niestety niektóre zdjęcia zostały zrobione komórką, bo raz mi bateria w aparacie padła a innym razem nie chciało mi się go nosić ze sobą]

1. PORTOROŽ

Zmęczeni drogą, znaleźliśmy jeszcze ostatnie pokłady energii, by z entuzjazmem przywitać to piękne miasteczko.

Mimo, że nasz hotel to był jeden z najbardziej okazałych budynków w okolicy, byliśmy troszkę zdezorientowani, gdy GPS przestał współpracować kilkaset metrów wcześniej. Ale udało nam się w końcu wjechać na podziemny parking i złożyć swoje stare kości w pokoju. Z okna roztaczał się piękny widok na baseny z jacuzzi, zieleń, zaparkowane pod balkonem motocykle i zabytkowe samochody… a morze było niemalże na wyciągnięcie ręki – po drugiej stronie drogi. Wokół spokój i cisza raz po raz przerywana w ciągu dnia cudownym dźwiękiem Harleya. Bajka!

Do morza można wejść po betonowych schodach czy drabinkach, a także bezpośrednio po piasku. Zależy od miejsca.

Wokół, w ciągu dnia, rozłożone były leżaki i parasole – zarówno na twardym czy piaszczystym podłożu, jak i na trawie.

Na miejscu można również wypożyczyć sprzęt wodny – takie na przykład „pedalino” ;)

Wokół jest mnóstwo małych i większych knajpek. Nazwy niektórych potraw były dość zabawne, bo wywołujące bardzo różne skojarzenia.

Któregoś dnia zdecydowaliśmy się zjeść późny obiad w pizzerii. Drewniany wystrój sprawiał, że wnętrze wydawało się bardzo przyjazne. Tylko pan kelner trochę jakby dopiero wybudził się ze snu zimowego, co było całkiem komiczne. Szczególnie, gdy poprosiłam o zapalenie świeczki stojącej na stoliku i przetrząsał lokal w poszukiwaniu zapalniczki.

Na rozgrzewkę wzięłam jedną z tradycyjnych zup w tamtych rejonach. Rybna wyglądała i smakowała jak normalny rosół, więc – jako że żadna to nowość – odpuściłam sobie. Warzywna natomiast była jak dziwny rosół z warzywami… nie wiem, jak faktycznie taka zupa powinna tam smakować, ale ta była akurat z lekkim kwaśnym posmakiem.

Nie chcąc robić niepotrzebnego zamieszania i tak już wystarczająco nieogarniętemu kelnerowi, zrezygnowałam z tłumaczenia, że chcę pizzę z karczochami, ale bez karczochów. Po prostu ta konkretna miała najlepszy zestaw składników; a karczochom, które były bez smaku, osobiście powiedziałam „do wiedzenia”. Jedząc, zerkałam z zaciekawieniem na leżącą na podłodze dużą czarną oliwkę, zastanawiając się, czy pokręcony kelner ją zauważy zanim na niej polegnie. Ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło.

Po tak obfitej kolacji nie pozostało nic innego jak wracać do hotelu zanim złapie nas deszcz. No i nie mogłam przecież pozwolić, żeby tak silny wiatr wywiał mi z głowy kolejne głupie pomysły.

.

Innego dnia po wieczornym spacerze podziwialiśmy piękny zachód słońca. To była zapowiedź wspaniałej słonecznej pogody, jaka czekała nas nazajutrz…

.

Promenada poprowadzona przez kolejne miejscowości nad samym brzegiem morza, wyposażona była w ławki i obstawiona różnego rodzaju lokalami gastronomicznymi. Umożliwiała długie spacery w pięknych okolicznościach krajobrazu. W ten właśnie sposób i my udaliśmy się w drogę, by podziwiać to, czym chciała nas uraczyć Słowenia…

Nie to zdjęcie.

Jeszcze raz:

…by podziwiać to, czym chciała nas uraczyć Słowenia…

Tak sobie spacerowaliśmy pięć kilometrów, Endomondo liczyło drogę, a my oglądaliśmy różne fajne miejsca…

i delektowaliśmy się pejzażami.

Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć instalację, która była związana z ostatnio głośną tematyką uchodźców. Na ścianie przy czymś w rodzaju małego portu widniał duży napis, w którym słowo „rich” zamieniało się na „poor” w zależności od tego, z której strony patrzyliśmy na napis.

(„To jest bogaty/biedny kraj”)

Obok wisiała żółta tabliczka, z której można było się dowiedzieć, skąd ten pomysł i po co go zrealizowano…

Akcja zwraca uwagę na dość ciekawe zjawisko, ale ponieważ to nie czas ani miejsce na tego rodzaju rozważania – wracajmy do tematu.

Tak wędrując dotarliśmy do sąsiedniej miejscowości…

.

2. PIRAN

Do lat pięćdziesiątych XX wieku w Piranie żyła niemal wyłącznie ludność włoska. Dopiero po przejściu Piranu pod władzę Jugosławii (1954) ta sytuacja uległa zmianie w wyniku wyjazdu większości dotychczasowych mieszkańców. Język włoski nadal ma jednak status języka urzędowego obok języka słoweńskiego. /Wikipedia/

Wchodząc do miasteczka nie kierowaliśmy się od razu na rynek:

tylko najpierw zagłębiliśmy się w wąskie uliczki:

Podziwiając zwartą miejską zabudowę, trafialiśmy na różne „tajemne” przejścia…

Niektóre prowadziły do prywatnych posesji, a inne wiodły do starych murów miejskich…

skąd roztaczał się piękny widok na Piran i na wybrzeże:

Po prawej stronie ukazał nam się kościół św. Jerzego wraz z charakterystyczną dzwonnicą i tam właśnie postanowiliśmy pójść…

Niestety po drodze padła mi bateria z aparatu a ta z komórki ledwo się też już trzymała (sprzęt też chce kiedyś odpocząć…), dlatego relacja będzie skromna.

Wnętrze kościoła:

Widok ze wzgórza kościelnego na miasto i rynek, gdzie następnie się udaliśmy:

Po miasteczku można by chodzić znacznie dłużej i odkrywać intrygujące zakamarki, co z pewnością stanowiłoby fajną przygodę. Byliśmy już jednak nieco zmęczeni a czekał nas jeszcze kilkukilometrowy spacer do hotelu…

Postanowiliśmy jeszcze wstąpić gdzieś po drodze na obiad. Wybraliśmy restaurację, która umożliwiała spożywanie posiłku na tarasie przy samym morzu. Bardzo sympatyczny młody kelner (choć jeszcze bardziej gadatliwy niż ja), by umilić nam oczekiwanie na okonia i leszcza, wypytywał nas o wrażenia ze Słowenii, urlop, o to jak się żyje w Polsce. A dowiedziawszy się, że jesteśmy w Słowenii po raz pierwszy i w dodatku całkiem niedawno przyjechaliśmy, obiecał niespodziankę… Obawialiśmy się trochę, że tą niespodzianką może być wysokość rachunku za tak wyśmienite dania, ale to był tylko nasz głupi sceptycyzm. Bo jak się okazało, kelner na powitanie nas w nowym kraju przyniósł dwa kieliszki z tradycyjnym miejscowym alkoholem – w jednym (tym dla mnie) było genialne limoncello (likier cytrynowy), w drugim zaś aromatyczna rakija. To był naprawdę miły gest!

Chętnie byśmy zabawili tam dłużej, ale trochę zaczynało się już robić późno, a z daleka nadciągała wielka czarna chmura zwiastująca ulewę. Trzeba było się więc spiąć i te kilka kilometrów przemierzyć żwawym krokiem. Udało nam się zdążyć przed deszczem, który ostatecznie i tak nie nadszedł.

.

[O Jaskini Postojnej napiszę wam pokrótce następnym razem, bo przyjemności trzeba odpowiednio dawkować]

.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *