Hrvatska przygoda (6) – pora wracać

Siedzę sobie w pustym domu, deszcz nieprzerwanie dzwoni o szyby, a z głośników cichutko sączy się dźwięk z nowej płyty Kultu… „Przed chwilą o tym śniłem, że na jakimś dworcu wszystko zostawiłem…”

Pierwszy raz od dawna mam tak luźny weekend, że na spokojnie mogę się wyspać, poukładać parę spraw i pobyć sama ze sobą. Nigdzie się nie spieszę, jest pięknie. A dzisiejsze śniadanie z dżemem figowym i herbata z granatu w chorwackim kubku, skłoniły mnie do wspomnień. Bo oto przyszedł czas podsumować tę hrvatską przygodę…

Podróż przez Chorwację w kierunku domu, czyli na północ, odbyliśmy Jadranską Magistralą. Była to trasa znacznie bardziej atrakcyjna niż autostrada, bo zmieniał się krajobraz. Co prawda, oglądanie szarych, smutnych i brzydkich wiosek po drodze niekoniecznie zaspokajało moje potrzeby estetyczne i tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu, że szkoda by mi było czasu na spędzanie tam wymarzonych wakacji, ale pojawiające się raz po raz widoki wybrzeża cieszyły oko i z tego powodu zdecydowanie warto było przejechać tamtędy (dla nieco ładniejszych miejscowości lepiej przejechać się z Trogiru na Makarską). Ale już bliżej Słowenii krajobraz zrobił się całkiem przyjemny i z podziwem obserwowałam, jak liczni motocykliści sprawnie zbierali zakręty nad przepaściami. Tym bardziej, że część zakrętów była raczej niewłaściwie wyprofilowana.

Jak bym tak chciała pokrótce podsumować moje wrażenia z Chorwacji, to było OK. I bardzo się cieszę, że w końcu, po tylu latach zwlekania, zdecydowałam się tam pojechać. Intryguje mnie to, że ludzie potrafią być tak przekonująco zafascynowani tym krajem… ;)

W skali 1-10:

  • Jeziora Plitwickie – 7 punktów (powinny trochę mniej ze względu na tłumy ludzi, ale w porównaniu z resztą miejsc wypadły nadspodziewanie dobrze; no i było to moje najbardziej zielone doświadczenie w całej Chorwacji);
  • Split – 5 punktów (warto zobaczyć raz i tyle; choć mam pewien niedosyt, bo wydaje mi się, że takie miejsce powinno mieć w sobie coś znacznie więcej niż to, czego faktycznie doświadczyłam);
  • podróż do BiH przez góry – 7 punktów (widoki piękne, choć deszcz skutecznie utrudniał zachwycanie się tymi terenami. Dlatego do PN Biokovo trzeba będzie kiedyś wrócić);
  • podróż na północ Jadranką – 5 punktów (po drodze było kilka fajnych miejsc, w których warto się zatrzymać, by rozprostować kości oglądając ładne widoczki, ale konieczność przejazdu przez smutne wioski obniżyła ocenę; podróż z Jezior Plitwickich w kierunku Šibenika była jednak trochę ciekawsza);
  • Trogir – poza skalą, ale dla porządku: 10. To jest miejsce, dla którego zdecydowanie warto było odwiedzić Chorwację!

Park Narodowy Krka, choć był w planach, odpuściliśmy sobie bez większego żalu. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja zobaczyć Dubrownik i poznać jakieś chorwackie wyspy. Może kiedyś przy okazji mi się to uda zrealizować. Póki co myślę o zwiedzaniu Kosova, Czarnogóry, dalszym odkrywaniu BiH oraz sentymentalnym powrocie do Ochrydu (MK) i do Durres (AL). Dużo, ale nie musi być przecież na jeden raz ;)

.

Wyjeżdżając na urlop kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Ta nieprzewidywalność stała się ogromną zaletą tego wyjazdu. Ale są dwa warunki: trzeba mieć zapas środków na koncie i nie wpakować się w kłopoty. Co do kłopotów, to było o włos, ale ostatecznie jakoś się wszystko udało względnie ogarnąć. A co do pieniędzy, to nawet się zdziwiłam, że nie hamując się jakoś specjalnie w wydatkach, można takie wakacje zamknąć w całkiem przyzwoitej kwocie. Natomiast o wiele bezpieczniej się czułam wiedząc, że w razie konieczności, mogę jeszcze zapłacić kartą za ewentualne paliwo czy jedzenie – dzięki temu ani nie umrę z głodu w obcym kraju, ani – co najważniejsze w sumie – nie będę musiała pchać auta do Polski.

W każdym razie fajne jest to, że taki wyjazd można sobie kształtować według własnego widzimisię. Nikt się nie krzywi, że do auta schodzimy godzinę po ustalonym czasie, bo to jest nasz czas, nasz pojazd i my o wszystkim decydujemy – na zorganizowanym wyjeździe by to nie przeszło. Niezależność to dla mnie duży plus. Troszkę szkoda, że po niektórych miejscach nie mógł nas oprowadzić przewodnik, bo z pewnością dowiedzielibyśmy się czegoś ciekawego. Ale w trogirskiej katedrze niechcący załapaliśmy się na zwiedzanie z polską grupą i to było bardzo dobre doświadczenie.

Podróż w obie strony nie była aż tak męcząca, jak się spodziewałam. Teraz jeszcze tylko czekam na listy z mandatami, które mam nadzieję nigdy nie nadejdą – szczególnie te w euro. Choć może być różnie, bo mi się jednak trochę spieszyło do domu… ;) Takie mam spostrzeżenia z trasy, że my wiecznie narzekamy, że na polskiej autostradzie jest ograniczenie do 140 km/h i często się tego nie przestrzega, a w Austrii nie dość, że jest 130 km/h i drogi są bardzo dobre, to jeszcze wszyscy grzecznie i kulturalnie jadą prawym pasem w granicach normy a nieliczni na spokojnie sobie wyprzedzają. Polecam :) Bardzo dobrze mi się tam jechało i nie mogę się doczekać, kiedy znów będę miała okazję odwiedzić Austrię.

Ale wystarczy przecież pomysł i dobre towarzystwo, a resztę jakoś się zawsze ogarnie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *