(S)pokój w Budziszynie

Potrzeba resetującego wyjazdu powstała nagle i bardzo niespodziewanie. Sytuacja z ostatnich tygodni była mimo wszystko dość wykańczająca – sprawiła, że znów odpoczynek okazał się być zagadnieniem priorytetowym. I nie podlegającym dyskusji co do jego zasadności… ;)

Po szybkim przejrzeniu mapy Google i zorientowaniu się, że znaczną część polskich terenów już miałam przyjemność zwiedzić, więc trzeba by odkryć coś nowego, zaczęłam zataczać na mapie coraz szersze kręgi. I tak padło na Budziszyn. Gdy zatrzymałam wzrok na tej nazwie, od razu przypomniały mi się czasy szkolne, kiedy to jeszcze historia leżała w kręgu moich zainteresowań. Bo później to już tylko leżała. A powstawszy w chwale na okres maturalny, znów padła na twarz. W każdym razie przypomniało mi się wydarzenie o wdzięcznym określeniu „pokój w Budziszynie„, oznaczającym polsko-niemiecki traktat pokojowy zawarty pomiędzy Bolesławem Chrobrym a cesarzem Henrykiem II w 1018 roku. W dniu poniekąd związanym ze mną, stąd łatwo było mi zapamiętać – 30 stycznia. A ponieważ pokój w Budziszynie już był, ja postanowiłam zapewnić sobie „spokój w Budziszynie”.

Budziszyn (również Budyšin, a od 1868 r. Bautzen) leży obecnie na terytorium Niemiec, jakieś 20 minut od granicy w Jędrzychowicach (autostrada A4 w kierunku Drezna). Były to pierwotnie tereny słowiańskie; noszą ślady kultury łużyckiej. Ogólnie bardzo malownicze i ciekawe miasteczko. A przede wszystkim idealne na odpoczynek.

Po raz pierwszy wybierałam się samochodem do Niemiec (dotąd były to przejazdy autokarem bądź przelot do Frankfurtu), dlatego też nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. O wskazówki zapytałam kogoś, kto się chyba całkiem dobrze orientuje w temacie. Wyczytałam też w międzyczasie, że lepiej zrezygnować z videorejestratora na czas poruszania się po terytorium Niemiec, co też z żalem uczyniłam. Przy okazji rozmawiałam o moich planach z innymi, bo zawsze ktoś coś ciekawego powie a może akurat się przyda taka wiedza. Za wszystkie cenne rady bardzo dziękuję :) Jedna z uwag, wyłapana przez mój pokręcony mózg gdzieś w ostatniej chwili już na miejscu, okazała się szczególnie przydatna i praktyczna, jeśli chodzi o parkowanie (thanks! ;)).

Ale i tak w pewnym momencie pracownik knajpy z kebabem musiał pomóc mi ogarnąć temat i choć sam się nie orientował, jak odpowiedzieć mi na zadane pytanie, wyszedł na ulicę, zagadnął po niemiecku jakiegoś przechodnia i pomógł mi znaleźć rozwiązanie. To był jedyny człowiek w tym mieście, który niezwykle życzliwie i bez problemu ze mną rozmawiał po angielsku, a na odchodne rzucił nawet coś po czesku. Jako że raczej nie pochodził z tego wspaniałego kraju, zapewne sam niejednokrotnie spotkał się z trudnościami komunikacyjnymi. Wszyscy miejscowi urzędujący przy zabytkach doskonale rozumieli wypowiedź po angielsku, ale zawsze odpowiadali po niemiecku – nawet w punkcie Info, do którego codziennie trafiają całe rzesze odwiedzających miasto obcokrajowców. Dobrze, że jeszcze coś pamiętam z czasów, kiedy „szprechanie” całkiem nieźle mi szło, choć na mówienie w tym języku zdecydowanie zabrakło mi chęci. Tak czy inaczej, w tej kwestii miasto wizerunkowo wypadło słabo.

Oprócz tego zaskoczyło mnie jeszcze kilka innych rzeczy…

  • byliście kiedyś na pewno w znanych polskich miejscach. Takich jak chociażby Kraków czy Warszawa. Albo na Mazurach czy w niewielkiej Wiśle. Przy każdym zabytku mamy kogoś, kto sprzedaje foldery, przewodniki, kartki itp. – zazwyczaj taka osoba ma materiały w stu językach, żeby każdy odwiedzający znalazł coś dla siebie. A w Budziszynie tylko po niemiecku. Co z tego, że turystykę napędzają im Czesi i Polacy. Trzeba pokazać turyście, dokąd przyjechał i gdzie jego miejsce. Trochę rozczarowujące.
  • a teraz pozytywnie: sezon motocyklowy mamy w pełni. W Budziszynie było to wyraźnie widać. Nie mogłam oderwać wzroku od wielu pięknych maszyn, a ich cudowny dźwięk sprawiał, że cały zgromadzony w ostatnim czasie stres odpływał w nieznane. Ale ogromnym zaskoczeniem byli tu sami motocykliści. Powiedziałabym, że połowa z nich była w wieku emerytalnym, zdecydowanie tym późniejszym. I nie że jakiś dziadek przywiózł babcię na Junaku i koniec sensacji… Po mieście śmigały na całkiem niezłych motocyklach kobiety wyglądające jak moja 85-letnia babcia. Uśmiechnięte, zrelaksowane, w kompletnym (najczęściej skórzanym) stroju motocyklowym. Taką właśnie chcę mieć starość!

Już pewnie z niecierpliwością czekacie na dalsze fotki – i słusznie, bo miasto jest piękne! Ale zacznijmy od początku…

Po raz pierwszy w życiu byłam tak zmęczona wszystkim, że nie miałam nawet ochoty prowadzić auta. Serio, jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby było mi tak bardzo wszystko jedno, kto usiądzie za kółkiem. Zasadniczo jeśli udostępniam komuś tę przyjemność, to bardzo rzadko i tylko osobom, co do których mam pełne zaufanie w paru kwestiach i jestem pewna ich umiejętności (a tych jest niewiele). Wtedy nie muszę kontrolować niczego, pilnować drogi – pełen relaks. No, nie mówię, że i tu tak nie mogło być…:P W każdym razie postanowiłam wykorzystać tę niecodzienną sytuację do skupienia się na tym, co widzę za szybą, bo nieczęsto mam taką możliwość.

Po drodze była ulewa, następnie grzmiało, a na koniec wyszło piękne słońce, które towarzyszyło nam do wieczora. To tak symbolicznie chyba. A jak zobaczyłam napis „Alles hat seine Zeit”, to wszystko mi się zaczęło układać w całość… Oto nadszedł czas na zmiany.

Ze względu na brak planu miasta z zaznaczonymi zabytkami, spacer po Budziszynie rozpoczęliśmy dość chaotycznie, ale samodzielne odkrywanie zakątków tak malowniczego miejsca jest również ciekawym doświadczeniem :)

Na początek przywitał nas taki oto widok na Reichenturm, krzywą wieżę:

A my, inteligentnie, zamiast wejść na górę i zobaczyć gdzie co się znajduje, poszliśmy tam, gdzie wydawało się być całkiem ładnie…

Problem w tym, że tam wszędzie było ładnie… ;)

Gdzieniegdzie droga wiodła na około. Ale co tam, nie ma pośpiechu! Spokojne zatapianie się w klimat miasteczka pozwala zwrócić uwagę na pewne szczegóły…

Stając przed okazałym budynkiem katedry św. Piotra, człowiek czuje swoją małość.

A na filarze przyporowym kolejny zegar słoneczny.

Obok miejsce ciche i spokojne, gdzie można odetchnąć. Siedząc tam przez chwilę, przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam szkicować niemieckie katedry, wraz z z tymi ich charakterystycznymi szczegółami.

A gotycki kościół zachwyca nie tylko z zewnątrz…

Każda tego rodzaju budowla ma jakąś swoją cechę charakterystyczną. Tu znalazłam kilka różnych fajnych rzeczy…

No i zdjęcia świeczek nie mogło zabraknąć. Jakiś taki sentyment mam do tego – kojarzy mi się z bałkańskimi monastyrami.

Niby zwykły boczny ołtarz jak w każdym starym kościele. A jednak miał w sobie coś intrygującego. Może to te napisy dziwną czcionką dodawały mu tajemniczego charakteru…

Ale nie zabrakło też odniesienia do współczesności. Aniołki robiące sobie selfie:

No właśnie – SELFIE! Symbol próżności, który sama czasem wrzucam na Facebooka… :D

Po zwiedzeniu katedry, poszliśmy taką oto uliczką w dół na rynek:

Tam już trochę poczułam się jak na lubelskim starym mieście. To chyba zasługa tych kolorowych kamienic.

W tle oczywiście wspomniany wcześniej obiekt – Reichenturm:

Trzeba było obejść całe miasteczko, żeby się zorientować, że rynek był od samego początku na wyciągnięcie ręki, tyle że za wieżą… A wszystko przez to, że zapomniałam wydrukować -> folder o Budziszynie <- (jest również dostępny w formie papierowej w punkcie Info na rynku obok ratusza).

A to żółte to ratusz.

Nie mogąc początkowo znaleźć zamku, poszliśmy w końcu na wieżę pooglądać widoki.

Stamtąd przybyliśmy…

Potem szliśmy tędy…

A wystarczyło przejść tędy, wprost na rynek.

Ale nie ma tego złego…

Czasami fajnie się zapomnieć i trochę zagubić… ;)

Wieża ciśnień:

…z tajemniczymi wrotami:

I znów lubelskie klimaty… Toż to ulica Grodzka jak malowana!

A to mi przypominało zakamarki jakiegoś małego włoskiego miasteczka:

Następna uliczka i już inne europejskie miejsce z charakterystycznym żuczkiem…

Jeszcze tylko szybkie obejście obiektu o dźwięcznej nazwie Ortenburg (zamek był nieczynny z powodu imprezy zamkniętej):

I trzeba powoli wracać… Ale to z pewnością nie ostatnia moja wizyta w Budziszynie. Teraz już wiem gdzie, jak i kiedy tam parkować. Wiem też, jak dotrzeć w najważniejsze miejsca. Nie pozostaje nic innego, jak tylko wsiadać w auto w któryś weekend, by udać się tam ponownie i znów wspaniale spędzić czas na odpoczynku. Serdecznie polecam!

Wybierając się w tamte tereny, nie zapomnijcie zerknąć na stronę miasta (po polsku): http://www.bautzen.de/default_pl.asp

Na drugi wypad pozostaje mi z najważniejszych rzeczy zamek Ortenburg, a także muzeum w miejscu byłego więzienia „Stasi”. Chciałabym przy okazji pojechać jeszcze nad Zalew Budziszyński i zobaczyć labirynt z krzaków w miejscowości Kleinwelka: http://www.irrgarten-kleinwelka.de/ – założę się, że dla dorosłych zabawa okaże się równie fajna, jak dla dzieci… ;)

Zresztą każdy ma w sobie odrobinę z dziecka, tylko nie wszyscy się chcą do tego przyznać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *