Nie mam czasu, nie mam życia

Praca mnie pochłania, wszystko mnie pochłania. Mam czasem wrażenie, że żyję na 120% – ponad swoje normy a niewiele z tego mam dla siebie. Pora na zmiany!

Po piętnastym z kolei budziku szybko wstać, szybko się ubierać, zgarnąć elementy śniadania do torebki, w pośpiechu mknąć przez miasto, żeby z tradycyjnym opóźnieniem wejść w wir pracy, która nigdy nie kończy się zgodnie z planem. Ona się w ogóle nigdy nie kończy przecież, taki zawód. Później jeszcze trzeba się trochę rozruszać, żeby zrzucić z siebie całodzienne napięcie, a przy okazji parę zbędnych kilogramów, by wcisnąć się w tę boską małą czarną, którą kupiłam o rozmiar mniejszą i już prawie, prawie – za niedługo założę ją po raz pierwszy ;) Wieczorem w myślach popędzam niedzielnych kierowców, bo jest cholernie późno, powieki trzymam na zapałkach a jedyne o czym marzę to spanie. Ale potem siedzę oczywiście, bo wreszcie mogę mieć czas tylko dla siebie, ewentualnie trochę z kimś pogadać (jeśli jeszcze jestem w stanie zebrać jakieś logiczne zdanie), czy też wyciszyć się przy muzyce. A rano znów problem ze wstaniem i tak do zajechania.

Biegnę przez życie; czasem zapominam, jak to jest celebrować każdą chwilę.

I to tak nie może być!

Kiedyś nie było opcji, żebym wyszła z domu bez śniadania, teraz to codzienność. Niby nie lubię się spieszyć, ale to robię. Presja otaczającego mnie świata tego poniekąd wymaga. Ale z drugiej strony lubię, gdy się coś dzieje; jak to powiedział Nergal – „muszę mieć ciągłą erekcję w mózgu”. Szybko myślę, szybko planuję, podejmuję szybkie decyzje i to one są najbardziej trafne. Uwielbiam rozmawiać z inteligentnymi, błyskotliwymi ludźmi, którzy – krótko mówiąc – nadążają i ogarniają (a o takie zestawienie cech u jednej osoby niestety, wbrew pozorom, niełatwo). Wtedy czuję, że jest w tej relacji jakaś iskra życia i że nie muszę dziś tłumaczyć się z kontekstu tego, co powiedziałam tydzień wcześniej i dawno już o tym nie pamiętam. Tak, jestem kobietą, ale staram się nie rozpamiętywać i nie rozkładać każdego wypowiedzianego (i usłyszanego) słowa na milion znaczeń. Raczej w normalnej rozmowie powiem od razu co myślę, żeby wszystko było jasne i proste, po co komplikować sobie życie niedomówieniami – one są fajne tylko wtedy, kiedy masz relację z kimś tak dobrą, że rozumiecie się bez słów. Albo w czasie flirtu. Wówczas drobne sugestie słowne oraz gra skojarzeń dodają rozmowie kolorów, a im sprawniej ktoś ripostuje, tym ciekawiej…

W każdym razie czuję, że źle gospodaruję swoim czasem, i parę kwestii trzeba zmienić. Gdy pewne rzeczy mam usystematyzowane, to wtedy mogę zająć się szaleństwami i jazdą niezgodnie z planem. Jak to mówią, trzeba znać zasady, żeby wiedzieć, które można łamać. I kiedy.

Ad rem.

Pierwszą decyzją było ogarnięcie mojej aktywności fizycznej za pośrednictwem aplikacji Endomondo. Niby wszyscy korzystają, ale mało kto chyba naprawdę trenuje. Co prawda, nie ma tam sportu „jazda na motocyklu” (a przecież też człowiek spala kalorie!), ale jest mnóstwo innych. Z ciekawości sprawdziłam również – kategorii „seks” też nie ma, ale może to i dobrze. Byłoby więcej przekłamań niż przy wymiarach podawanych razem z kręgosłupem. W każdym razie fajnie jest spojrzeć na swój kalendarz treningów i przeanalizować parę kwestii. Założona przeze mnie od początku systematyczność jest największą motywacją. No i sam fakt, że zerkając przypominam sobie, że trzeba by się zebrać i trochę rozruszać stare kości, bo w kalendarzu robi się pusta przestrzeń. Odpowiednie rozładowywanie stresu to naprawdę świetna rzecz a rodzajów aktywności jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wiosna idzie, więc trzeba powoli zacząć odkurzać rolki. I rower – Kasiu, może w tym sezonie mnie wreszcie namówisz, nie odpuszczaj! :D

Druga rzecz, która bardzo dobrze na mnie działa, to wylogowanie się z Facebooka i WhatsApp na kilka dni, co każdemu gorąco polecam. Wtedy nagle się okazuje, że człowiek ma mnóstwo możliwości i może decydować o tym, jak będzie spędzał wolny czas – bo po prostu jakimś dziwnym trafem ma ten wolny czas! Po 24 godzinach bez FB robi się dużo spokojniej, nie jesteśmy zasypywani milionem informacji, nie scrollujemy bezmyślnie tablicy… i jeszcze raz, i jeszcze raz, i znowu… Niestety, czasem nie da się tak wytrwać dłużej niż kilka dni, bo nieobecność wiąże się również z trudnościami innych w kontakcie z nami, ale przecież jak sprawa jest gardłowa, to zawsze można zadzwonić czy napisać sms lub e-mail. Jeśli ktoś tego nie zrozumie, że czasem nie chce się być stale online, to trudno, jego problem. Zasadniczo osoby, z którymi chcemy utrzymywać kontakt, mamy wpisane w telefon, a jeśli wyrzucimy z naszej doby godziny bezsensownie spędzane na fejsie, to znajdzie się czas, żeby wcześniej ogarnąć swoje obowiązki i porozmawiać ze znajomymi na żywo. Wolę śmieszkowanie przy herbatce, gdzie wyciszam telefon, niż pisanie w trakcie robienia tysiąca innych rzeczy – no chyba, że spotkać się nie da z jakiegoś powodu, to już inna bajka. Aha, jeszcze jedno – nie wierzcie sami sobie, gdy mówicie „ja tylko sprawdzę jedną rzecz” / „tylko tę jedną wiadomość odczytam”… Nie ma! Nie wchodzę i już!

Trzecia rzecz – odżywianie. Wrzucanie w siebie jedzenia w biegu, żeby tylko nie paść na twarz podążając z miejsca na miejsce, na pewno nie spodoba się żołądkowi. Choć zdecydowanie nie jestem fanką diet (nawet na pięciu byłabym głodna), wyliczania kalorii czy sprowadzania swojego marnego życia do konsumpcji smutnych roślin, to uważam, że posiłki trzeba choć w minimalnym stopniu przemyśleć, żebyśmy na ostatnią chwilę nie musieli wrzucać w siebie byle czego. Bo to nie jest ani zdrowe, ani – wbrew pozorom – tanie. Szybkie życie tego nie ułatwia, dlatego to kolejny argument za tym, że warto nieco zwolnić tempo.

Po czwarte – rozwój osobisty, że tak to pięknie nazwę. Ale nie chodzi o gadki oszustów próbujących sprzedać naiwnym parę komunałów! Po prostu jeśli zaczniemy żyć nie tyle wolniej, co bardziej uważnie, zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół nas, chłonąć dźwięki, barwy, promienie słońca, jeśli zaczniemy się uśmiechać do ludzi na dzień dobry i do widzenia, to wszystko sprawi, że nasz wewnętrzny świat będzie rozpierała pozytywna energia, a w środku poczujemy spokój. Zapewniam, że przełoży się to również na atmosferę w środowisku, którego częścią jesteśmy. To będzie czas, żeby zacząć uczyć się szukać w ludziach dobra a w każdej trudnej życiowej sytuacji większego sensu. Może ktoś wówczas postanowi zmienić swoją filozofię życiową, zainteresować się czymś, a może zechce poznać bliżej swoją religię, pogłębić wiarę… może po prostu będzie chciał zrobić coś dla innych albo wypracować u siebie jakiś dobry nawyk – możliwości jest wiele na rozbudowanie i ubogacenie wewnętrznego świata. Jeśli się nieco wyciszymy, usłyszymy to, co jest zagłuszane przez ciągłe krzyki wokół i niepotrzebną rywalizację. Nie będzie „więcej”, „lepiej”, „na wczoraj”, tylko adekwatnie do potrzeb – to ważne, by móc zacząć cieszyć się życiem.

Po piąte – zdrowie. Mamy tylko jedno. Niby to jasne, a jednak nie do końca. Bo w szybkim życiu nie ma na to czasu, odkładamy to „na potem”. Dobrze czasem zrobić badania, sprawdzić to czy owo. Obserwować to, co się z nami dzieje. To czasami dobra droga do poradzenia sobie z problemem zanim on jeszcze zacznie nam dokuczać. Warto się też zastanowić, jak zwalczyć przyczyny, a nie tylko pobieżnie neutralizować efekty, bo na dłuższą metę jest to bardzo szkodliwe podejście. Może zacząć więc od podstawowych badań krwi, sprawdzić jeszcze na przykład poziom witaminy D3 i potasu, zmierzyć ciśnienie albo zrobić EKG? Tak na wszelki wypadek, to nie są drogie rzeczy a często dają jasny obraz.

Ostatnia sprawa to lista rzeczy, które możemy ograniczyć oraz takich, które możemy robić w zamian. Zyskam sporo czasu nie śledząc Facebooka, bo nawet jak on działa w tle, to się człowiek niepotrzebnie rozprasza. Jak będę miała więcej czasu, to przeczytam tę książkę, która leży na mojej szafce nocnej już od miesiąca. Jak wcześniej się wyrobię z pracą, to przejrzę fiszki do nauki języka obcego. W końcu wypiję kawkę z kimś, kogo dawno nie widziałam, pogadam na luzie, bez tego okropnego „muszę już lecieć”. Nauczę się czegoś nowego, bo niby czemu nie. I te pyszne muffinki znów upiekę… :)

Tylko najtrudniej zacząć.

Ale warto.

W pewnym momencie musi przyjść refleksja, że nie powinniśmy tak biec na oślep w stresie. Że nie mamy wpływu na wszystko, co się dzieje wokół nas. Że czasem lepiej zamknąć pewne tematy, odpuścić, niż przez cały czas się z czymś szarpać, gonić, dostosowywać się, chodzić na paluszkach, żeby tylko nie urazić, bo i tak zawsze w czyimś mniemaniu będziesz robić coś źle… Źle żyć, podejmować nietrafione decyzje, krzywo patrzeć, niewłaściwie reagować czy po prostu nie będziesz taki, jakim ktoś chce, żebyś był i w ogóle wszystko twoja wina. Szkoda czasu na spełnianie oczekiwań ludzi, którym na tobie nie zależy. Nikt tak do końca nie wie, z jakimi sprawami przychodzi ci się mierzyć na co dzień. To twoje życie, więc żyj w takim tempie, jakie uważasz za najlepsze dla siebie, a nie tak, jak chcą inni.

Na koniec mam rzecz godną zapamiętania: czas to najpiękniejszy prezent, jaki można podarować zarówno sobie, jak i drugiej osobie. Tu i teraz. Później jest już zwykle za późno.

.

fotki - pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *