Kolej na łemkowskie klimaty. Dzień drugi.

I kolej na kolej. Wąskotorową. Perspektywa wczesnego wstawania jest dla mnie do przyjęcia jedynie wtedy, gdy kryją się za tym jakieś ciekawe pomysły spędzenia czasu. Tak właśnie było tym razem. A pogoda (mimo, że Bieszczady to deszczowa kraina) dodatkowo zachęcała do szaleństw. Nie padało (jeszcze).

Już przed godziną 10. dotarliśmy na stację Majdan, gdzie był początek trasy kolejki wąskotorowej. Na miejscu się okazało, że już jakaś wycieczka zajęła nam miejsca w wagonach i nie pojedziemy. I całe szczęście… W oddali, na sąsiednim torze czekał już stary parowóz. Grzał się do podróży efektownie wypuszczając kłęby pary naprzemiennie z czarnym dymem. Taka okazja może się nie powtórzyć – jedziemy!

.

Stacja Majdan k/Cisnej

Najpierw kilka fotek z lokomotywą. Gdy przyszła godzina odjazdu, doczepiono do niej dwa niewielkie wagoniki i ruszyliśmy przez lasy, wzdłuż rzeki, przez Cisną do stacji Dołżyca. A z nami trzy psy: jeden, który jeździł koleją, drugi emo-pies a trzeci kieszonkowy. I jakaś gruba mamusia, która karmiła grube dziecko ciasteczkami oraz kilka innych, równie ciekawych osób. Grzało i wiało naprzemiennie, w nieosłoniętych wagonach bywało naprawdę chłodno. Lokomotywa wyła, smrodziła, zwalniała i przyspieszała co chwilę. Właśnie to, wbrew pozorom, dodawało całej podróży uroku – wrażenia pozostaną niezapomniane. Potem jeszcze tylko szybkie zerknięcie na ekspozycję niewielkiego muzeum kolejowego stacji Majdan i możemy ruszać w dalszą drogę.

Po pełnej wrażeń wycieczce przyszła pora na przekąskę. Cisna jest całkiem przyjemną mieściną. Oczywiście jeśli nie liczyć tych płatnych parkingów pod knajpkami w niemal każdym miejscu. Ale ludzie muszą jakoś zarabiać na życie, to zrozumiałe. Najpierw myśleliśmy o Siekierezadzie, bo to bardzo klimatyczne miejsce. Ale potem pojawiła się na horyzoncie Karczma Łemkowyna i tak już zostało. Pstrąg wśród żywiołowej muzyki regionalnej był całkiem w porządku. Ale sałatki i surówki do tego podane w zestawie – lepiej, żeby nie istniały. Ceny nie są wygórowane, więc ostatecznie można się skusić i coś dla siebie znaleźć.

Kolejna szybka decyzja sprawiła, że znaleźliśmy się w Ustrzykach Dolnych.

– Mamy tu nawet Biedronkę! – powiedział z dumą młody człowiek sprzedający w niewielkim sklepiku znanej sieci. – Codziennie dowożą jej towar, jest trzecia w Polsce pod względem sprzedaży.

– To macie z czego być dumni…

– Mhm, nie lubię ich.

I wszystko stało się jasne. Tym sposobem dowiedzieliśmy się, dlaczego

„Ustrzyyyyki to stolica Bieszczad jest!”

Mały deszcz, pyszne lody, szybkie zakupy i jedziemy do Bóbrki grillować.

No dobrze, nie grillować, bo zapomnieliśmy o kupnie tacek, które okazały się niezbędne do murowanego grilla stojącego przy domku. Rozpalamy więc ognicho, jak za starych dobrych czasów. I wtedy właśnie usłyszeliśmy pierwszy grzmot. Taki tam, z oddali. Przy kolejnej kiełbasce grube krople deszczu zaczęły igrać z ogniem. A wraz z nimi po chwili przyszła ulewa. Pierwszy raz w życiu piekłam kiełbaski pod parasolem. Chętnie to powtórzę.

Po burzy przyszedł czas na spokój. Korzystając z ostatnich momentów przed zapadnięciem zmroku, napawając się pięknem zachodzącego nad górami i jeziorem słońca, odbyliśmy spacer, po którym sen był czymś upragnionym. Tak skończył się dzień drugi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.