Nie pytaj Greka o wschód słońca.

z cyklu: Przygody z M. – Grecja.

Bilans wczasowy:
-> prawie 2400 zdjęć / 2 aparaty / 2 tygodnie
-> ouzo, metaxa 7* i tsipouro przywiezione (najbliżsi też muszą poczuć greckie klimaty)
-> dwie buzie uśmiechnięte od ucha do ucha na wspomnienie cudownych chwil w Grecji
-> kilka przypałowych scen, do których M. wcale się nie pchała – tak jakoś siamo się potoczyło…

Zachciało nam się wschodu słońca. Po co? Dla zdjęć, wrażeń. Jak na prawdziwych leniwców przystało, trzeba było się najpierw dowiedzieć, o której trzeba się wybrać na plażę, żeby przypadkiem nie stracić ani jednej minuty snu. Wypadło na mnie. Przy obiedzie zapytałam Greka z obsługi, czy wie coś o godzinie wschodu. Nie zrozumiał, co stwierdziłam po minie, za to zawołał kolegę. Znów mój biedny umysł musiał wyprodukować odpowiednie do ich poziomu zwroty. Zrozumiał? Chyba tak. Ale na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie – nie wiedział. Kalendarz poszedł w ruch. Sprawdzali 5 minut… 10 minut… „One moment, OK?” No OK, bo co mam zrobić. Chwycił za telefon. Raz, drugi… Wśród obsługi zrobiło się małe zamieszanie. Grek bezsilnie rozkładał ręce. No cóż, jakoś sobie damy radę sami. I co? Zaspaliśmy i tak.

Co by to było, gdyby M. nie spróbowała greckich dziwadeł. Do nich także należała wspaniała orzeźwiająca cafe frappe. Poszliśmy z Misiakiem na zakupy. Kawa i shaker, czyli zestaw Do-It-Yourself. I chwała Bogu, że w hotelu była źródlana kranówa – to zmusiło mnie do zalania kawy w łazience pod kranem. Tam też zaczęłam potrząsać i z tego co pamiętam (a wszystko działo się w sekundę), zdążyłam jeszcze wsadzić ręce z shakerem do kabiny prysznicowej, bo po takiej eksplozji mielibyśmy brązowe graffiti wszędzie, gdzie się tylko da. Wiecie co? Wcale nie straciłam ochoty na zimną kawę. Wręcz przeciwnie – poszłam po kolejną porcję. Do dwóch razy sztuka…

Nogi na talerzu dostałam. Macki jakieś paskudne. Kalamari. Poskubałam, ale nie. Niech sobie to będzie nawet i największy przysmak na świecie. M. przeżyła różne morskie potwory, ale takich zwierzątek jeść nie będzie. Pojawił się jakiś zadowolony z siebie Grek i spytał, czy mi smakuje. No smakuje. Z grzeczności jedynie. „Ale to ma nogi!” – na co w odpowiedzi usłyszałam „ale ty też masz dwie!”. Pogadane.

Wycieczkę do Aten powinnam uczcić minutą ciszy. Bo jak ktoś na sąsiednim siedzeniu wyciąga dla całej rodziny kanapki ze śmierdzącym jajkiem, to nie ma mocnych, musi z tego wyniknąć jakaś katastrofa. I chyba niektórym „starszym i schorowanym” podróżniczkom typu „Ja-mam-prawo-do-wszystkiego” (w domyśle: „a wy do niczego”), odżywionym tymże przysmakiem po prostu na mózg bije… A M. jak zawsze wylądowała w centrum huraganu. Na szczęście to tylko 5h podróży w jedną stronę .

I tak nic nie pobije pamiętnego „Ale what’s the name of this place?!” Ehhh… wspomnienia!
O tym, jak zatrzasnęłam sejf zaraz po wejściu do pokoju i odmówiłam denerwowania się na sprzątaczkę po niemiecku (sama chciała) już nie będę lepiej wspominać.

To tylko niektóre przypadki. A było ich mnóstwo, nie sposób wszystkie opisać… działo się, działo. Przez całe 2 tygodnie od początku do końca. Zawsze jak się spotykają osoby spragnione przygód, to musi być ciekawie. A „pomarańcze w pustej szklance” na zawsze pozostaną w naszej pamięci…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.